<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Ciekawe opowiadania</title>
	<atom:link href="http://www.fantastyka.dowolna.com/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fantastyka.dowolna.com</link>
	<description>Kilka ciekawych opowiadań</description>
	<lastBuildDate>Fri, 28 May 2010 09:42:39 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Dynks cz.XI</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-xi/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-xi/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:42:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=49</guid>
		<description><![CDATA[Zastanawiałem się minutę.
- Po pierwsze, potrzebny mi do wieczora jeden z waszych miejscowych rezerwowych korytarzy, i to wysoko. Dwa tysiące stóp. Po drugie, strefa lasu w promieniu dwóch mil dokoła ma być dziś zamknięta dla lotów. Niech miejski dyspozytor transportowy się tym zajmie. Po trzecie, proszę spowodować, żeby do lasu nikt nie właził też pieszo&#8230;
- [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zastanawiałem się minutę.</p>
<p>- Po pierwsze, potrzebny mi do wieczora jeden z waszych miejscowych rezerwowych korytarzy, i to wysoko. Dwa tysiące stóp. Po drugie, strefa lasu w promieniu dwóch mil dokoła ma być dziś zamknięta dla lotów. Niech miejski dyspozytor transportowy się tym zajmie. Po trzecie, proszę spowodować, żeby do lasu nikt nie właził też pieszo&#8230;</p>
<p>- Zamknąłem las dla cywili, nawet Sayer tam nie wejdzie bez pozwolenia. Tym możecie się nie przejmować.</p>
<p>- &#8230;I w końcu niech nam rzeczywiście ktoś przywiezie tu coś do zszamania.</p>
<p>- Clarissa! &#8211; przypomniał sobie Billy i aż podskoczył.</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; od razu wyszczerzył się szeryf.</p>
<p>- Poruczniku, co pan tak jak pies ogrodnika? Ani sam, ani nam, żeby cię pogięło!</p>
<p>- Porwiesz Clarissę, dogonię i uszy pourywam, jarzysz?</p>
<p>- Najpierw byś musiał dogonić! &#8211; roześmiał się mój partner. &#8211; Dlaczego wy tu, miejscowi, tak się boicie, że kogoś skusimy urokami miejskiego życia? Może już czujecie, że tu jest kijowo, co? Może już wam czegoś brakuje? Clarissa skończyła akademię w wielkim mieście. Ale wróciła tu, żeby cię pogięło!</p>
<p>Glina podrapał się za uchem i rzucił oschle:</p>
<p>- Rezerwowy korytarz! Lunch. Co jeszcze?</p>
<p>- Jedna załoga patrolowa na wszelki wypadek. Niech siedzi w maszynie, ale bez wezwania niech się nie rusza. Uzgadniamy częstotliwości?</p>
<p>- Piąty przycisk. &#8211; Szeryf zgarnął z maski wozu swój com. To ustrojstwo było ciężkie jak cegła, niczym zresztą cała policyjna elektronika. Chyba żeby można było w czerep komuś przyłożyć&#8230; Nienadaremnie porucznik tachał go na pasie, a nie jak cywile &#8211; na ręku.</p>
<p>- Piąta linia&#8230; Gotowe.</p>
<p>- Będę stale nasłuchiwał jednym uchem &#8211; obiecał policjant. &#8211; Poczekajcie, a buty gumowe? Siatki przeciw moskitom? Repelenty? Czy może wasze kamienie odpędzają też owady? Zapomnieliście, gdzie się pakujecie, szpanerzy z miasta, he, he?</p>
<p>- Nie potrzebujemy &#8211; machnąłem ręką. &#8211; Jakoś sobie poradzimy własnymi środkami. Proszę wezwać dyspozytora, ja tu swoją „teczkę” będę ściągał.</p>
<p>- Wsiadajcie, pojedziemy.</p>
<p>- Po co? Sama tu przyleci.</p>
<p>Porucznik chciał powiedzieć coś groźnie i wieloznacznie, ale wykrztusił tylko dwa słowa: „wpierniczyli” i „samobójstwo”.</p>
<p>Ale dyspozytora powiadomił.</p>
<p>Kiedy nad miastem pojawiła się moja czerwoniutka, poczułem kłucie w sercu. Tak się za nią stęskniłem!</p>
<p>- Moje serduszko&#8230; &#8211; zagruchał Billy.</p>
<p>Lockheed Albatros T5 &#8211; jedna z najbardziej udanych maszyn, a w sensie dizajnerskim &#8211; moim zdaniem &#8211; najbardziej udana. Już myślałem, że nikt nie zrobi ładniejszej bryki niż ta zwykła „teczka”, póki nie zobaczyłem modelu T5 Evolution. Mojej radości i mojej dumy!</p>
<p>Większość środków transportu nowego pokolenia ma dizajn nie do końca wyważony. Albo leci sobie po niebie samochodzik, albo samolocik zza węgła się wytacza. Tak chcą klienci. Oni chcą rozpoznawalną markę. Corvetta musi być płaska i trochę kanciasta, mustang bez fałszywego grilla nie jest mustangiem. Volvo &#8211; z lekka przylizana cegła, mercedes &#8211; opływowa walizka. Jeśli fruwa sobie wesoły dupersznycik &#8211; musi Japończyk. A jeśli posuwa coś złowrogiego, żelaznego, przypominającego szturmowiec &#8211; na pewniaka made in Russia.</p>
<p>„Teczka” jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, niczego nie naśladuje. To wydłużona kropla z dwoma niewielkimi kilami z tyłu i zgrabniutkimi skrzydełkami z boku. T5 Evo, w odróżnieniu od modelu standardowego, jest nieco bardziej spłaszczona i wygląda na mocniejszą.</p>
<p>- Cudo &#8211; powiedział Billy. &#8211; Niech pan przyzna, szeryfie, żeby cię pogięło!</p>
<p>Moja purpurowa kropelka, cicho szeleszcząc, opadła, wypuściła podwozie i wylądowała precyzyjnie dziesięć jardów od nas. Z bliska, oczywiście, było widać, że to nie Evo, a raczej Evo do kwadratu. Pewne elementy sekcji napędowej jakby się straszyły. Bezczelnie. I faktura powierzchni biła po oczach. I lekka wypukłość na części siłowej. Kile i skrzydła kazałem jej zostawić, nie wiadomo, może przyda się te kilka sekund czasu.</p>
<p>Żadnych podrasowań nie kryłem zresztą przed Johnsonem i choć to szef, jednak się nie burzył.</p>
<p>- Stylowa maszyna, nie przeczę &#8211; przyznał szeryf. &#8211; Powiedzcie mi tylko, kto ten&#8230; ten gwiazdolot certyfikował na publiczne trasy?</p>
<p>- Nie przekraczamy prędkości! &#8211; skręcił na ulubiony temat Billy. &#8211; Mandaty by nas zrujnowały, żeby cię pogięło!</p>
<p>- No to jakim cudem dotarliście tu w trzy godziny? Weiland się chwalił.</p>
<p>- No to sobie pomnóż dozwoloną prędkość przez trzy. Kumasz?</p>
<p>- To niemożliwe! &#8211; poderwał się policjant. &#8211; A strefy przestrojenia? Tam strumień ledwo pełznie!</p>
<p>- A my je tak! &#8211; Billy pokazał ręką, jak my je. Przypominało to błyskawiczny ruch węża.</p>
<p>Szeryf poruszył wargami. Poprawił kaburę. Zdjął i nałożył czapkę. Splunął.</p>
<p>Niełatwo było mu znaleźć z nami wspólny język.</p>
<p>Otworzyłem bagażnik i trzepnąłem dłonią w pokrywę sejfu. Ten posłusznie szczęknął ryglami w odpowiedzi. Rozpoznał gospodarza.</p>
<p>- Ale pytam: jak zdobyliście certyfikaty? &#8211; nie mógł się uspokoić policjant. &#8211; Ja nikomu nie powiem. Po prostu jestem ciekaw.</p>
<p>- Houston, Houston mamy problem &#8211; powiedział mój partner.</p>
<p>- Co?</p>
<p>- Tekst kodowy. Pukasz na pewien tajny com i mówisz: „Houston, mamy problem”. I problem się rozwiązuje. Kumasz?</p>
<p>Glina przypomniał sobie, czym się zajmowaliśmy przed służbą kurierską, i zrozumiał, że nie ma żadnych atutów. Nie sądził też, by Billy się z niego naigrawał. I słusznie, bo Billy się nie naigrawał. On w ogóle stara się nie kłamać. Zawsze go za kłamstwa objeżdżam.</p>
<p>- Masz szczęście, że nie poznałeś naszego Johnsona &#8211; ni to obiecał, ni to zagroził mój partner.</p>
<p>- Dzięki. Mam dość was dwóch. Przyleciało, jak rozumiem, pozdrowienie od NASA! Jakąś mieszanką żelazka ze spawarką&#8230; Aż się boję zapytać, ile machów to robi.</p>
<p>- Wystarczająco dużo &#8211; rzekł z naciskiem Billy.</p>
<p>- A wiecie co? &#8211; powiedział nagle szeryf. &#8211; Jestem co prawda gliną i nienawidzę ulicznych wyścigów, ale jeśli Greg Weiland namówi was na ganianie gdzieś poza miastem, to, tak sądzę, popatrzę na to przez palce. Już znudziło mi się wypisywanie Gregowi mandatów za niebezpieczną jazdę. Niech pospaceruje bez maszyny. W pampersach.</p>
<p>- Słyszysz, Wanja! Skumał!</p>
<p>Wyjrzałem zza klapy bagażnika. Na progu domu stała i przyglądała się naszej „teczce” Vera Sayer.</p>
<p>Zmieniła ubranie. Zamiast bezkształtnej szmaty miała na sobie błękitne jeansy i świecącą bielą bluzkę z kołnierzykiem. Ciemnoblond włosy związała w ogon, a to jej bardzo pasowało.</p>
<p>Tylko ciągle była boso. Wiedziała, że ma ładne stopy i &#8211; niech to diabli! &#8211; nagle znowu chciała się podobać.</p>
<p>Bezwiednie posłałem jej uśmiech.</p>
<p>- Wanja, nie rób jaj &#8211; szepnął Billy. &#8211; Babka ma męża, żeby cię pogięło. Aktualnie lekko odbiła jej szajba, zaginęła jej córka, zapomniałeś?</p>
<p>- Znowu chce żyć &#8211; rzuciłem przez ramię.</p>
<p>- Chłopcy! &#8211; zawołała Vera. &#8211; Nie czas na małą przekąskę? Wejdź, Wania, proszę. I panowie też. Przygotowałam lunch.</p>
<p>- Proszę o wybaczenie, ma’am, ale ja muszę na posterunek! &#8211; odkrzyknął, podrywając się, szeryf. &#8211; Ivan, jesteśmy dogadani, tak? No to powodzenia!</p>
<p>- Nie zapomnij przysłać Clarissy! &#8211; krzyknął do niego mój partner. &#8211; Pamiętasz, obiecałeś, że przećwiczy nas we wkładaniu i zdejmowaniu gumowych butów?</p>
<p>Glina pozwolił sobie na kpiącą ripostę. Wysunął głowę przez okienko i palnął:</p>
<p>- Przez takich, za przeproszeniem, astronautów nikt nie wierzy, że Ameryka pierwsza wylądowała na Księżycu!</p>
<p>Billy zacisnął pięści. Jego czarne oblicze w mgnieniu oka zrobiło się fioletowe.</p>
<p>W ostatnim ułamku sekundy zdążyłem zakłócić mu dostrojenie. Niewidzialna fala, która miała huknąć szeryfa w łeb niczym młotem, tylko cisnęła nim o fotel i zmusiła do panicznego startu na pełnym gazie.</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; syknął mój partner.</p>
<p>Jak wielu profesjonalnych astronautów Billy nie znosi ludzi gadających o lądowaniu Amerykanów na Księżycu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-xi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.X</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-x/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-x/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:39:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=47</guid>
		<description><![CDATA[Poza przedpokój nie zostaliśmy wpuszczeni.
- Tak? &#8211; zapytała missis Sayer.
Wyglądała na czterdzieści lat i nie sprawiała wrażenia kobiety, której zaginęła córka. Raczej kobiety, która od dziesięciu dób trwa w nieprzerwanej histerii.
Była rozczochrana, bosa i odziana w jakieś bezkształtne wory.
Od razu nie przypadliśmy jej do gustu.
- Proszę pokazać mi Sarę &#8211; poprosił Billy.
- Co?
Nie wiem, jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Poza przedpokój nie zostaliśmy wpuszczeni.</p>
<p>- Tak? &#8211; zapytała missis Sayer.</p>
<p>Wyglądała na czterdzieści lat i nie sprawiała wrażenia kobiety, której zaginęła córka. Raczej kobiety, która od dziesięciu dób trwa w nieprzerwanej histerii.</p>
<p>Była rozczochrana, bosa i odziana w jakieś bezkształtne wory.</p>
<p>Od razu nie przypadliśmy jej do gustu.</p>
<p>- Proszę pokazać mi Sarę &#8211; poprosił Billy.</p>
<p>- Co?</p>
<p>Nie wiem, jak szeryf ją ugadywał, ale na nasz widok missis Sayer najwyraźniej straciła chęć współpracy. Sądzę, że w tej chwili skręcałoby ją na widok każdego człowieka zadowolonego z życia.</p>
<p>Mój partner pod spojrzeniem kobiety przygarbił się i schował ręce do kieszeni. Nawet nie przyszło mu do głowy zdjąć z szyi kamień. Tutaj ten numer pod publiczkę mógłby tylko przynieść szkodę.</p>
<p>Dosłownie słyszałem, jak Billy przebiera w umyśle słowa. Jeden nietrafiony zwrot, nawet intonacja mogła sprowokować wybuch missis Sayer. Nieszczęsna tylko czekała, aby wylać na kogoś swoją złość. Miasto pochowało jej córkę i zapomniało, szeryf poszedł szukać w najlepszym przypadku ciała, a tu zaraz potem pojawiliśmy się my, nie miejscowi &#8211; możemy oberwać po łbie za wszystkich.</p>
<p>- Missis Sayer, wyjaśniłem pani&#8230; &#8211; zaczął policjant.</p>
<p>Trzeba było jakoś wleźć klinem w tę sytuację. I to szybko.</p>
<p>Kiwnąłem się, burknąłem: „Och, diabli&#8230;”, przewróciłem oczami, po czym ciężko oparłem się o ścianę. Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona. Na mgnienie oka otworzyła się i na tym ją złapałem. Wziąłem na litość.</p>
<p>- Dawaj, Billy &#8211; szepnąłem.</p>
<p>Kumpel zrobił krok w kierunku znieruchomiałej missis Sayer, chwycił ją za ręce, położył obie jej dłonie na swoich skroniach.</p>
<p>Za moimi plecami szeryf wycofywał się do wyjścia.</p>
<p>Czas był jak z dobrze przeżutej gumy. Gdzieś w salonie tiknął jeden raz antyczny zegar. Dziadek obecnej pani domu kupił go kiedyś na garażowej wyprzedaży.</p>
<p>A missis Sayer była nieszczęśliwa. Nie podobała jej się rola cienia fartownego męża. I rola posłusznej żony. I rola matki dziwnej dziewczynki. Te trzy postacie utwierdzały ją w przekonaniu, że jest niepełnowartościową osobą. Inne kobiety potrafiły zrealizować się w zawodzie, znaleźć sobie miłych, kochających dom mężów i rosły im normalne dzieci. A Vera Sayer nie miała takiego szczęścia. I nic nie potrafiła zmienić.</p>
<p>Potem odkryła dla siebie furtkę &#8211; uwierzyła, że jej córka nie ma odchylenia od normy, a rzadki dar. Na nowo zaprzyjaźniła się z małą. I odtąd było już jej lżej.</p>
<p>Marzyła o wyjeździe do wielkiego miasta. Tam wszystko by się udało.</p>
<p>Dziewczynkę oczywiście zabrałaby ze sobą.</p>
<p>A teraz zabrakło jej nawet dziecka.</p>
<p>- U-u &#8211; wymamrotał Billy. &#8211; U-uciekamy.</p>
<p>Już stał obok, trzymając mnie pod rękę.</p>
<p>- Źle się pan czuje&#8230; Wania? &#8211; zapytała Vera Sayer.</p>
<p>W końcu jakaś Amerykanka wymówiła moje imię prawidłowo.</p>
<p>- Dziękuję, ale proszę się nie niepokoić, missis Sayer. Aklimatyzacja. Cały ubiegły tydzień sterczałem w Anchorage. A tu taki upał&#8230; Do widzenia, missis Sayer.</p>
<p>Wypadliśmy z domu, zataczając się i sapiąc.</p>
<p>Przy wozie cierpiał szeryf. Z marszu rzygnąłem mu pod nogi &#8211; taki przyjacielski gest.</p>
<p>Glina od razu się pozbierał, wskoczył do środka i przyniósł z lodówki butelkę zimnej wody.</p>
<p>- Mamy kontakt? &#8211; zapytałem Billy’ego.</p>
<p>- Pij &#8211; powiedział mój partner. &#8211; Niezły kawał duszy ci wyżarła, żeby ją pogięło. Mamy kontakt, mamy. Szeryfie, mapę!</p>
<p>Przepłukałem usta, napiłem się i cisnąłem pustą butelkę w kwietnik.</p>
<p>Tak naprawdę, to z przyjemnością walnąłbym nią w okna domu Sayerów. I mam w nosie, że ludziom przytrafiło się nieszczęście. Kiedy cię, człowieku, ktoś wyżre aż do podziałki zero, odczuwasz zwierzęcą wręcz złość. Teraz miałem ochotę przynajmniej zgwałcić tę kobietę za to, co sam narobiłem. Taka jakaś dziwna działa logika.</p>
<p>Nikt mnie nie prosił, bym się otworzył przed Verą Sayer i sycił jej postrzępioną duszę swoją energią. Ale w chwili przebicia świadomości zobaczyłem, do jakiego stopnia ta biedna kobieta jest stłamszona i nieszczęśliwa. Zrobiło mi się jej żal aż do bólu i pozwoliłem jej wziąć tyle moich sił, ile potrzebuje.</p>
<p>No to sobie capnęła!</p>
<p>Nie będę zdziwiony, jeśli dziś Verze przyśni się, że jej reaktor marszowy ma przeciek, i w środku nocy ryknie mężowi do ucha: „Dyspozytor, szlag by cię trafił, daj mi pas! Jestem na wymuszonym, niebezpieczeństwo skażenia, kto się nie ukrył, sam sobie winien!!!”.</p>
<p>Ale będzie śmiesznie&#8230;</p>
<p>Nad maską wozu pojawiła się mapa.</p>
<p>- Tu. &#8211; Billy tknął palcem niemal w sam środek bagna. &#8211; W promieniu stu, może stu pięćdziesięciu jardów.</p>
<p>- Żyje? &#8211; zapytałem.</p>
<p>- Nie sądzę, ponieważ nie mogłem wziąć namiaru. Wychwyciłem tylko ostatnią zmianę kursu i oszacowałem fizyczne możliwości dziewczynki. Najważniejsze, że gdzie indziej być nie może. Albo jest tu, albo ja nic nie rozumiem. Nie mogła przecież zapaść się pod ziemię prosto do Afryki, żeby ją pogięło!</p>
<p>- Clarisso? &#8211; Porucznik wsadził nos w com. &#8211; Uruchom ratownika! Podaję namiary&#8230;</p>
<p>- A ja pójdę &#8211; powiedziałem &#8211; poobejmuję się z tą młodą jabłonką.</p>
<p>- Z gruszą &#8211; poprawił mnie Billy.</p>
<p>- Pieprzony pedant &#8211; rzuciłem i poszedłem obejmować drzewko, starając się nie myśleć o tym, co z niego zostanie po tych czułościach.</p>
<p>Zresztą to przecież była tylko grusza. Albo jabłoń.</p>
<p>W głowie wszystko mi się mieszało. Nigdy z żadnym człowiekiem nie byłem mentalnie tak blisko jak z Verą Sayer. A w jej wnętrzu kłębił się potężny wir emocji. Zawsze. Namiętna istota, która zasuszyła siebie w darze mężowi. Tak wychowali ją rodzice. Więc od dziecka łamała siebie dla wygody innych. Jej własna córka miała dla niej za to tyle samo litości, co pogardy.</p>
<p>- Myśmy dwukrotnie zbadali ten sektor &#8211; zauważył szeryf.</p>
<p>- A co to mnie, żeby cię pogięło?!</p>
<p>Vera miała trzydzieści osiem lat. Dużo czytała. Zastanawiała się, czy nie zmienić zawodu. Słaby był z niej badacz, ale zręczny programista. Nieźle prowadziła. Gotowała średnio. Miała jednak znakomitą młodzieńczą figurę. Tfu!</p>
<p>- Nad bagnem kotłują się opary, ale nie powinny aż tak zniekształcać&#8230; &#8211; mamrotał porucznik. &#8211; Namierzylibyśmy ciało wizualnie.</p>
<p>- Jakie ciało?! Przecież ganialiście nad samą powierzchnią, dupki wołowe, i wszystko przemłóciliście wydechem! Po dziewczynce pewnie tylko tenisówki zostały, żeby cię pogięło!</p>
<p>- Ale skanery&#8230;</p>
<p>- Nóżkami trzeba było, drepu-drep! Na brzuchu pełzać! Kumasz?!</p>
<p>Nad nami coś zaszeleściło, w stronę lasu pomknęły dwie maszyny. Prowadził patrolowiec, za nim duża otwarta platforma ratownicza.</p>
<p>Ja tymczasem siedziałem na trawie oparty plecami o pień drzewa, pompowałem zeń energię i marzyłem o tym, by ratownikom się powiodło. Wtedy można będzie dać stąd dyla i zapomnieć o wszystkim. Niech wyciągną z tego lasu Sarę, możliwie żywą, i pojedziemy sobie. I będę miał w nosie, kto się kryje w bagnie.</p>
<p>- Wanja, dychasz? &#8211; zapytał Billy, stając nade mną i podając mi butelkę. &#8211; Masz, wypij jeszcze wody.</p>
<p>- Dycham &#8211; powiedziałem, przysysając się do szyjki.</p>
<p>- Po coś jej pozwolił?</p>
<p>- Vera jest cholernie nieszczęśliwa.</p>
<p>- Jaka Vera? &#8211; zdziwił się mój niedomyślny partner. &#8211; A, ta! No tak, teraz pewnie ją znasz jak siebie samego.</p>
<p>- Lepiej niż ty Sarę. Zresztą Sarę też znam. Ciekawa dziewczynka. Ma wrodzony dar, znacznie potężniejszy od naszych nabytych.</p>
<p>- No jak z tą Verą? &#8211; puścił do mnie oko Billy. &#8211; Przyjmuje gości pod nieobecność męża? Daje im&#8230; Wiedzę? Przecież męża już od dawna ma powyżej uszu. Nic osobistego, to tylko bałwan co się zowie, żeby go pogięło.</p>
<p>- Może to i niezły gość. &#8211; Wyciągnąłem rękę, kumpel pomógł mi wstać. &#8211; Po prostu rodzina jest na drugim miejscu, po pracy.</p>
<p>- No to jak z tą Verą? &#8211; powtórzył Billy.</p>
<p>- Odczep się, co?</p>
<p>- Zazdrość &#8211; stwierdził. &#8211; Zazdrościsz farmerom z czerwonymi szyjami, którzy łapią ją spracowanymi łapami za delikatną pupkę i pakują aż po migdały&#8230;</p>
<p>- Ciągnij diesla!!!</p>
<p>- Chodź no, Wanja, ustabilizuję cię &#8211; powiedział Billy. &#8211; Chodź tu, żeby cię pogięło, póki jeszcze nie zwariowałeś.</p>
<p>Podszedłem do mojego kumpla, a on mnie objął. Z boku musiało to wyglądać komicznie, a nawet nieobyczajnie. Dobrze, że przed szeryfem kryły nas w tej chwili gęste zarośla wyhodowane tu przez Sarę.</p>
<p>- Ale twarz ta paniusia ma robioną &#8211; nie wytrzymał Billy. Zawsze musiał zepsuć!</p>
<p>- Tylko koniuszek nosa i trochę kości policzkowe&#8230;</p>
<p>- Nie rób tak nigdy więcej, Wanja. Nigdy się nie otwieraj. Za dobry jesteś. Nie możesz współczuć ludziom, którym przytrafiło się nieszczęście.</p>
<p>- No to komu mogę współczuć? &#8211; zdziwiłem się.</p>
<p>- Mi &#8211; zaproponował mój partner zupełnie serio. &#8211; No, jak się czujesz? Mózg na swoim miejscu?</p>
<p>Odkleiłem się od Billy’ego, podreptałem w miejscu, pokręciłem głową.</p>
<p>- Dzięki. Jak nowy. Mógłbym w tej chwili na trasę. Jesteś geniuszem.</p>
<p>- Jestem ostrożny. Za nic nie dałbym się podładować babie będącej w przedłużonej histerii. Nawet podładować, żeby cię pogięło! A ty się cały otworzyłeś! Nie rozumiem. Słuchaj, Wanja, ty się może w niej zakochałeś? Od pierwszego wejrzenia? Po cholerę ci to?</p>
<p>- &#8230;A z tymi farmerami to pudło, ona tylko czasem sobie to wyobraża &#8211; palnąłem.</p>
<p>- Wiem &#8211; prychnął mój partner. &#8211; Komu ty to wyjaśniasz, żeby cię pogięło!</p>
<p>Zza krzewów dobiegły nas głośne przekleństwa. Szeryf trzymał łączność z ratownikami.</p>
<p>- Zaraz nas zawoła. &#8211; Billy spuścił nos na kwintę.</p>
<p>- Hej, wy tam dwaj! &#8211; ryknął glina.</p>
<p>- Ty będziesz z nim rozmawiał &#8211; poprosił mnie kumpel.</p>
<p>Ramię w ramię przebiliśmy się przez krzaki i stanęliśmy przed szeryfem.</p>
<p>Ten nabrał w płuca dużo powietrza, zamierzając nas opieprzyć, ale przyjrzawszy się, tylko westchnął.</p>
<p>Staliśmy z kamiennymi twarzami, pierś do przodu, ręce po szwach. Tak jak staliśmy niegdyś przed komisją dyscyplinarną &#8211; mieliśmy taki pieprzony epizod w życiorysie. Przed Johnsonem też, zdarzało się, stawaliśmy na baczność jak mur. I admirał o nasze milczenie pozdzierał sobie struny głosowe.</p>
<p>Co prawda wtedy ramię w ramię stało sześciu, cała załoga&#8230;</p>
<p>Nie ma sensu na nas krzyczeć. Znamy się na swojej robocie. Jeśli na czymś się skuliśmy, to musiał to być wynik czyjegoś błędu albo fałszywych danych. Mogło też być źle postawione zadanie lub misja &#8211; z definicji &#8211; przekraczała nasze możliwości.</p>
<p>Szeryf zdjął czapkę, oparł się tyłkiem o wóz i powiedział cicho:</p>
<p>- Ni cholery tam nie ma.</p>
<p>Podszedłem, oparłem się o furę obok niego.</p>
<p>- Macie przynajmniej wyobrażenie, jak mnie rąbią? &#8211; ponuro zapytał glina. &#8211; Od dziesięciu dób cały okręg wrze. Nie ma dziewczynki. Wyparowała. A kto winien? Gibbson oczywiście. Wiejski dupek. Przegapił, nie upilnował. Dlaczego, jak myślicie, burmistrz nie wraca z urlopu? Czeka, bydlę, jak się sprawa zakończy&#8230;</p>
<p>Policjant był w fatalnym stanie. Już mu donieśli, że po wczorajszym „seansie magii” wdowa Kramer znalazła swoje soczewki kontaktowe, Abe naprawił swój wymizerowany komputer, Molly w końcu wychodzi za mąż, a stary Jack dobrze opylił swoje akcje. I pułkownik, pobrzękując medalami, z jakiegoś powodu wybrał się do Waszyngtonu.</p>
<p>Dzięki komu? To szeryf pierwszy uwierzył w Billy ego, bez dowodów.</p>
<p>Ale Billy zawiódł. Właśnie jego.</p>
<p>- A co pan ma na łańcuszku, Ivan? &#8211; zapytał glina, żeby tylko zapytać. Nie bardzo go to interesowało.</p>
<p>Wyjąłem spod kołnierzyka ostrą kamienną drzazgę oprawioną w srebro.</p>
<p>- Też leciał sobie i wbił się w statek?</p>
<p>- Nie. To odłamek dużego meteorytu, który rozwalił nasz okręt flagowy. Obrona nie dała rady. Straciliśmy dziesięciu ludzi, wtedy też zginął admirał.</p>
<p>- Współczuję &#8211; niezbyt szczerze burknął szeryf. &#8211; A jakie ma możliwości pański odłamek?</p>
<p>- Nazywam go Kamieniem Szczerości. Deszyfruje emocje. Opowiada o ludziach prawdę. Czasem taką, jakiej ludzie sami o sobie nie znają.</p>
<p>- Niech opowie panu, jak nienawidzę Sary Sayer &#8211; zaproponował policjant. &#8211; Szczerze.</p>
<p>Obok nas przemknęła i poleciała w stronę miasta maszyna patrolowa. Za nią kuśtykała platforma ratownicza. Jakiś typ przechylił się przez burtę, wyciągnął rękę w naszą stronę i pokazał wyprostowany środkowy palec.</p>
<p>Szeryf odprowadził ratowników ponurym spojrzeniem.</p>
<p>- I tak mam co dzień&#8230; &#8211; jęknął. &#8211; To co, ruszamy coś przekąsić? Akurat czas na lunch. Może nam się trochę humor poprawi.</p>
<p>Billy potrząsnął głową jak wychodzący z wody pies.</p>
<p>- Nie chcę przekąski! &#8211; oświadczył. &#8211; Wszyscy tam mnie będą wytykali palcami.</p>
<p>- Środkowymi &#8211; dodałem. &#8211; Lepiej popracujemy trochę. Niewielka wyprawa do lasu. Na własne oczy ocenimy co i jak.</p>
<p>- Jesteś w formie, Wanja?</p>
<p>- A ty?</p>
<p>- Dowodzisz.</p>
<p>Policjant ożywił się nieco. Widać nie sądził, że jeszcze cokolwiek zrobimy.</p>
<p>- Wsparcie?&#8230; &#8211; zapytał z gotowością. &#8211; Zamawiajcie. Policji jeszcze środkowych palców nie pokazują. Chociaż niedługo zaczną. Ale co damy radę, zabezpieczymy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-x/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.IX</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ix/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ix/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:39:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=45</guid>
		<description><![CDATA[Niemal jestem pewien, że przodkiem mojego kumpla był afrykański monarcha. Zwyczajni ludzie nie potrafią tak twardo stawiać na swoim. Kiedy Billy latał jako mój „prawy taboret”, tylko subordynacja nas ratowała. Teraz też jestem formalnie jego dowódcą, ale to raczej oznacza, że właśnie na moją głowę spadają największe i najtwardsze szyszki.
Na szczęście, znalazłszy się w ślepej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niemal jestem pewien, że przodkiem mojego kumpla był afrykański monarcha. Zwyczajni ludzie nie potrafią tak twardo stawiać na swoim. Kiedy Billy latał jako mój „prawy taboret”, tylko subordynacja nas ratowała. Teraz też jestem formalnie jego dowódcą, ale to raczej oznacza, że właśnie na moją głowę spadają największe i najtwardsze szyszki.</p>
<p>Na szczęście, znalazłszy się w ślepej uliczce, wyzwalam w sobie dziesięć razy więcej sprytu, niż go posiadam w normalnych warunkach. Tak samo i teraz błyskawicznie znajduję rozwiązanie problemu:</p>
<p>- Tak czy siak musimy iść do lasu pieszo i bez eskorty. Szeryfa poślemy na posterunek, niech tam siedzi i czeka na wezwanie, żeby w razie potrzeby walił do nas z ludźmi. Do asekuracji ściągniemy tu moją „teczkę”. I spokojniutko weźmiemy sobie z bagażnika lufy.</p>
<p>- No i widzisz &#8211; uśmiecha się Billy. &#8211; Po coś się denerwował, żeby cię pogięło?</p>
<p>- Jakoś mi głupio &#8211; odpowiadam &#8211; łazić po spokojnym amerykańskim zadupiu z armatą nieistniejącą w przyrodzie.</p>
<p>- A ganiać na maszynie, której nie ma w przyrodzie to nie głupio? Powiem ci nawet, że naciągniemy na siebie kombinezony &#8211; obiecuje mój partner. &#8211; Nie będę żarłem dla moskitów. I pijawek.</p>
<p>- Diabli i cholera! Przecież jak zobaczą, zadręczą pytaniami. Pół miasta będzie na nas ślepiło przez lornetki. Z każdego możliwego dachu!</p>
<p>- A niech sobie nawet ślepią przez teleskopy! Boisz się zadziwić ten kraj, Wanja? Nie bój się. Ameryka odzwyczaiła się od dziwienia. Oto po mieście spaceruje czarny mag Billy Mbabete, wymachując Wszystkowidzącym Kamieniem, a publika go tylko oklaskuje, żeby ją pogięło! I czeka, nie może się doczekać, kiedy pokażę jej swój kamyczek! Wszystko jest okejowo, Wanja! Kumasz?</p>
<p>- Billy, dlaczego jesteś taki upierdliwy, co?</p>
<p>Gadam, gadam, i od tego gadania czuję się lepiej. Sama myśl o etatowej armacie, we władaniu którą zostałem nieźle wyćwiczony, dodaje mi odwagi. Zazwyczaj mój instynkt samozachowawczy jest silny jak cholera. Mocniejszy od siły woli. Dlatego dowódcami załóg byli tacy jak ja, a nie tacy jak mój kumpel.</p>
<p>Zresztą co do pilotażu, to też Billy’ego zakasuję. Z wysiłkiem, ale zakasuję.</p>
<p>Pojawia się szeryf. Spocony i rozczochrany. Stuka w szybę okna.</p>
<p>- Idziemy &#8211; mówi. &#8211; Missis Sayer jest gotowa porozmawiać.</p>
<p>- Mam nadzieję, że przynajmniej ona nie jest znanym fizykiem? &#8211; pyta mój kumpel, wyłażąc z klimatyzowanego chłodu na palące słońce.</p>
<p>- Nieznanym &#8211; prycha glina. &#8211; Zwyczajnym fizykiem, takie mężowskie przynieś-wynieś-pozamiataj. I też nie jest zachwycona pomysłem wciągnięcia was do poszukiwań. Ale przede wszystkim jest matką i udało mi się ją zagadać.</p>
<p>- Co za życie&#8230; Ciągnij diesla&#8230; &#8211; mruczy Billy.</p>
<p>Jak wielu mocnych mężczyzn sfiksowanych na punkcie romantyzmu kosmicznych dali mój partner nie znosi ludzi, którzy nie wierzą w cuda.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ix/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.VIII</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-viii/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-viii/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:38:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=43</guid>
		<description><![CDATA[Schodzimy, ziewając, z piętra, a w salonie siedzi sobie szeryf. Popija babciną kawę.
- A gdzie Clarissa? &#8211; pyta go Billy.
Zaskoczony glina dławi się kawą, wylewa sobie na spodnie, kaszle i wytrzeszcza oczy.
Babcia wali go otwartą dłonią w plecy.
- Dziękuję, ma’am&#8230; &#8211; chrypi szeryf. Łapie serwetkę, usiłuje nią zetrzeć kawę ze spodni. Grzecznie mamrocę „dzień dobry” [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Schodzimy, ziewając, z piętra, a w salonie siedzi sobie szeryf. Popija babciną kawę.</p>
<p>- A gdzie Clarissa? &#8211; pyta go Billy.</p>
<p>Zaskoczony glina dławi się kawą, wylewa sobie na spodnie, kaszle i wytrzeszcza oczy.</p>
<p>Babcia wali go otwartą dłonią w plecy.</p>
<p>- Dziękuję, ma’am&#8230; &#8211; chrypi szeryf. Łapie serwetkę, usiłuje nią zetrzeć kawę ze spodni. Grzecznie mamrocę „dzień dobry” i przysiadam się do jajecznicy z bekonem.</p>
<p>- Jeśli ta informacja jest panu, drogi Williamie, niezbędna do życia &#8211; mówi nasz glina, nieprzyjaźnie patrząc na Billy ego &#8211; to melduję: Clarissa jest w biurze, pracuje nad dokumentacją. Czym się będzie zajmowała potem, nie wiem. Co jadła na śniadanie, nie wiem. Jakiego koloru nosi figi, nie wiem. Z kim ma aktualnie romans, też nie wiem. Są pytania?</p>
<p>- Nie ma aktualnie romansu &#8211; wyjaśnia babcia Hurt. &#8211; Dziewczyna postanowiła wziąć time-out.</p>
<p>Policjant patrzy na nią z rozdrażnieniem, a Billy zadowolony zaciera łapy. I od razu chwyta talerz z jajecznicą, żeby nikt sobie czegoś nie pomyślał.</p>
<p>Ale wszyscy myślą właśnie to.</p>
<p>- Szeryfie &#8211; odzywam się, żeby zakończyć drażliwy temat. &#8211; Mogę zadać panu intymne pytanie?</p>
<p>- Nie zauważyłem, żeby miał pan jakieś inne.</p>
<p>- Gdyby tak zwrócił się do pana Greg Weiland, z tych Weilandów, i poprosił o zwolnienie z aresztu pary maszyn. Co by pan zrobił?</p>
<p>- Potrzebujecie maszyn?</p>
<p>Nasz szeryf grzebie w kieszeni i wykłada na stół kluczyki. W zasadzie nie potrzebujemy ich, żeby zabrać maszyny. Kluczyki możemy rozdawać glinom choćby i na całej trasie. Tyle że potem lepiej jednak jest zmienić kod dostępu. Kluczyki to taki tam sympatyczny rudyment, danina składana tradycji. Oznaka władzy nad techniką.</p>
<p>- Tyle na temat zaufania między ludźmi dobrej woli, kumasz? &#8211; zwraca się szeryf do Billy’ego.</p>
<p>- Odpowiedz Wanji! &#8211; mówi mój partner: &#8211; Żeby cię pogięło.</p>
<p>- Dobrze, odpowiem. Zaproponowałbym huncwotowi Gregowi, żeby pociągnął diesla. A o co chodzi?</p>
<p>Do drzwi ktoś dzwoni. Babcia, wzruszywszy zdziwiona ramionami, idzie otworzyć.</p>
<p>- O to &#8211; wyjaśnia Billy, przeżuwając &#8211; że wczora z wieczora ten obibok proponował nam odbiór maszyn z twojego parkingu. Bo, widzisz, nie miał z kim się ścigać, żeby go pogięło.</p>
<p>- I proponował bardzo przekonująco &#8211; dodaję.</p>
<p>- Nie znoszę korupcji żadnego rodzaju &#8211; oznajmia twardo mój kumpel &#8211; a policyjnej korupcji zwłaszcza. Bo jeśli nie można ufać glinom, to komu w ogóle można, żeby cię pogięło?!</p>
<p>Szeryf siedzi załamany, jakby jego miłość własną ktoś zanurzył w bagnie.</p>
<p>A do salonu wchodzi stary Weiland. Brzęcząc ostrogami i niedbale wymachując pięciogalonowym kapeluszem.</p>
<p>- Dzień dobry, szeryfie &#8211; mówi. &#8211; Dzień dobry, panowie. Williamie! Ivanie!</p>
<p>Ręka starego jest sucha i mocna. Jak i cała reszta Weilanda.</p>
<p>Babcia nalewa mu kawy, on z przyjemnością pije. I od razu byka za rogi:</p>
<p>- Williamie, słyszałem, że pan tu prowadzi, figuralnie się wyrażając, prywatną praktykę. Czyli mogę prosić o przysługę, co?</p>
<p>- To nie problem, sir.</p>
<p>W odróżnieniu od Grega ten Weiland przypadł Billy’emu do gustu. I mnie też. Jest coś sympatycznego w wielkim finansiście, który pewnego dnia przekazuje cały biznes starszemu z synów, a sam wraca na rancho, z którego pochodzi. I ciesząc się życiem, hoduje bydło.</p>
<p>Gdyby jeszcze wciągnął do interesu młodszego syna albo przynajmniej rżnął mu tyłek raz w tygodniu swoim ciężkim pasem &#8211; skarbem bym go nazwał, tego Weilanda!</p>
<p>- Poczekam na ulicy. &#8211; Szeryf tymczasem wstaje.</p>
<p>- Ależ co pan, Gibbson?! &#8211; uśmiecha się Weiland. &#8211; Żadnych sekretów. Proszę zostać, to może być dla pana ciekawe. To właściwie, hm&#8230; Pewne dziwactwo niemłodego kolekcjonera. Chłopcy, to dotyczy tego Hogartha, coście mi go przywieźli.</p>
<p>- Świetny Hogarth &#8211; potwierdzam. &#8211; Niemal jak prawdziwy.</p>
<p>Teraz przyszła kolej na starego, żeby się zadławić kawą, ale on wcześniej odstawił filiżankę na stół.</p>
<p>- Przepraszam?&#8230;</p>
<p>- Nie, nie, sir. Ja aż tak się na malarstwie nie znam. Chciałem powiedzieć, że pański Hogarth sprawia wrażenie autentyku. Naprawdę jest cholernie dobry. Aż zazdroszczę.</p>
<p>- Musi pan ciężej pracować, Ivan &#8211; radzi Weiland. &#8211; Wtedy na starość będzie pan mógł sobie pozwolić na taki obrazek nad łóżkiem.</p>
<p>- Harujemy jak dwa centaury &#8211; zapewnia go Billy, odsuwając pusty talerz i zdejmując kamień z szyi. &#8211; Kiedy się wzbogacimy, ja powieszę nad swoim łóżkiem „Czarny kwadrat”, a Wanja „Biały”.</p>
<p>Stary kowboj rechoce zadowolony. Szeryf drapie się po czubku głowy.</p>
<p>- No to jak z tym Hogarthem? &#8211; pyta Billy, rytualnie kołysząc łańcuszkiem.</p>
<p>- No właśnie patrzę na niego, czwarty dzień się gapię i usiłuję zrozumieć, gdzie zostałem wykiwany. Że to nie jest kopia, nawet autorska, jestem pewny. Mojego agenta nie tak łatwo wykiwać. Czyli rzecz w kwocie. Możecie to wyjaśnić? Przynajmniej rząd cyfr?</p>
<p>- Dawno pan pracuje z tym agentem, sir?</p>
<p>- Dobre dziesięć lat. Proszę, oto on. &#8211; Weiland patrzy Billy’emu w oczy.</p>
<p>Billy kiwa łańcuszkiem.</p>
<p>- A dokładniej? I nie tak ostro, proszę się nie natężać.</p>
<p>Były finansista zamyka oczy.</p>
<p>- Hy! &#8211; Mój partner dziwnie hymka. &#8211; Hy! Hy-hy-hy!</p>
<p>- Co to znaczy? &#8211; dziwi się Weiland, otwierając jedno oko.</p>
<p>- Ale jaja! Nie, no sir, proszę nie zwracać uwagi, wszystko w porządku. Tak więc mogę zameldować&#8230; Hogarth jest autentyczny. To znaczy i agent, i sprzedający są przekonani o jego autentyczności. Ale cenę dla pana zawyżyli&#8230; Tak, tak&#8230; Gdzieś w granicach stu tysięcy. Współczuję, zwłaszcza że pomysł wyszedł od agenta.</p>
<p>- S-sukin-s-syn! &#8211; syczy stary.</p>
<p>- Nadwyżką podzielili się ze sprzedającym. Hy! Przepraszam, sir, po prostu pański agent jest teraz na kobicie. A większość ludzi, nawiasem mówiąc, dopiero zaczyna dzień roboczy! Chce pan, żebym w ramach zemsty popsuł mu całą miłość?</p>
<p>- Pewnie, że bym chciał! Żeby mu tak wszystko uschło! A uda się?</p>
<p>- Samo opadnie. Rozumie pan, sir, żeby kamień sczytał z kogoś taką informację jak cyfry i imiona, człowiek musi ją sobie przypomnieć. Kamień popchnął pańskiego agenta w odpowiednim kierunku i ten zaczął wspominać, wspominać&#8230;Teraz już wspomina sam z siebie, nie może się powstrzymać. I zżerają go nerwy, bo ma nieczyste sumienie. Boi się pana. Denerwuje się. Boi się&#8230; Koniec, opadło! Opa-ad-ło! Hy-hy-hy! Ciągnij diesla, aferzysto nieszczęsny!</p>
<p>Zaczyna się rżenie. Weiland i Billy są szczęśliwi jak dzieci.</p>
<p>Tylko szeryf z niewiadomego powodu denerwuje się i czegoś lęka.</p>
<p>- Dobrze mu tak! &#8211; wrzeszczy zadowolony rancher, trącając mojego partnera kułakiem.</p>
<p>- Żaden problem, żeby cię pogięło!</p>
<p>- Dobrze. &#8211; Weiland się uspokaja. &#8211; Co za ulga! Nie znoszę takich niejasnych sytuacji. Williamie, poproszę o pański com. Sumę poda pan sam.</p>
<p>- Wykluczone, sir. &#8211; Billy macha dłonią. &#8211; Już pana i tak skubnęli. A poza tym jest pan naszym klientem.</p>
<p>- Jak chcecie &#8211; zgadza się stary. Czuję, że takiej właśnie odpowiedzi oczekiwał. &#8211; Jestem pańskim dłużnikiem.</p>
<p>- Jeśli można, intymne pytanie, sir? &#8211; wtrącam.</p>
<p>Weiland unosi brwi.</p>
<p>- Ivan innych pytań nie zadaje &#8211; wyjaśnia szeryf.</p>
<p>- Jak mniemam, Greg lubi uliczne wyścigi?</p>
<p>- Mój Greg? O, do diaska! Czepiał się i was o to?! &#8211; Kowboj krzywi gębę, jakby go rozbolał żołądek. Rzeczywiście jest mu wstyd. &#8211; Znalazł sobie rywali, idiota! Proszę mi wybaczyć, Ivan, to moja wina. Rozpuściłem chłopaka. A przyhamować nie wystarcza mi siły, sam w młodości lubiłem szybką jazdę&#8230; Mam teraz przynajmniej co wspominać! Powiem mu. Już się do was nawet nie zbliży. Zresztą sam by się nie ośmielił, gdyby wiedział, kim jesteście!</p>
<p>- Chciałem tylko pana uprzedzić, sir, że mnie i Bill’ego niemal nie da się namówić do wyścigów. Ale jeśli już, to nie pojedziemy za pieniądze. Gotów jest pan podarować Gregowi nową corvettę?</p>
<p>Weiland mruży oczy. Stary lubi hazard. Ciągle jeszcze lubi.</p>
<p>- Podaruję mu opakowanie pampersów! &#8211; śmieje się. &#8211; A tak serio: możecie postawić T5 Evo przeciwko corvetcie? Na trasie czasem dzieją się dziwne rzeczy.</p>
<p>- Nie takie, żeby corvetta mnie zjadła.</p>
<p>- Wanja! Wanja! &#8211; prosi Billy.</p>
<p>W drzwiach do kuchni stoi babcia Hurt i z wyrzutem kręci głową.</p>
<p>- Corvetta Grega nie jest taka całkiem zwyczajna &#8211; zauważa Weiland.</p>
<p>- Evo Ivana też nie &#8211; włącza się do dyskusji szeryf. &#8211; To jest bestia, której w ogóle nie wolno wypuszczać na publiczne trasy. Stop! Dżentelmeni, wyłączcie silniki! Bo wszystkich zapędzę na karny parking. A tam możecie sobie mierzyć wyloty do upadłego.</p>
<p>- A propos karnego parkingu, jak się czuje Marvin? &#8211; złośliwie pyta stary kowboj.</p>
<p>Nie minęła doba, a wszyscy wiedzą wszystko. Serio, co byście nie powiedzieli &#8211; wieś to fajna rzecz. Szczególnie jeśli ma wygląd przytulnego amerykańskiego miasteczka z kanalizacją i wodociągami. Rosjan zawsze przyciągał ten styl, częściowo nawet kopiują go teraz, ale Ameryka jednak szlifuje go od czterech wieków.</p>
<p>- Marvin będzie żyć, ale bez munduru &#8211; mówi szeryf. &#8211; I pojedzie sobie stąd daleko. Popatrzy na świat.</p>
<p>- I zgadza się?</p>
<p>- Pakuje manele i płacze.</p>
<p>- Zuch Gibbson! &#8211; Weiland kiwa głową z zadowoleniem. &#8211; Do czarta z Marvinem, nie potrzebujemy tu takich. Jestem pewien, że burmistrz zaaprobuje tę decyzję, kiedy wróci z urlopu. Napomknę mu o tym. Dobra, panowie, dziękuję za wesoły poranek, jadę do siebie. Pukajcie na com, jakby co. Wspaniała kawa, missis Hurt.</p>
<p>Znowu brzęczą ostrogi.</p>
<p>- Czy on naprawdę jeździ na koniu? &#8211; pytam, kiedy za starym zamykają się drzwi. &#8211; Czy to tylko kostium: jeszcze jeden kaprys niemłodego kolekcjonera?</p>
<p>- Proszę wyjrzeć przez okno &#8211; proponuje glina.</p>
<p>Rzucamy się z Billym do okna i widzimy, jak na gniadym rumaku odjeżdża w dal samotny rewolwerowiec, co to najlepsze strzały ma za sobą.</p>
<p>- Mocny facet &#8211; kiwa głową mój partner. &#8211; Nigdy wcześniej nie widziałem człowieka, któremu wszystko na tym świecie aż tak zwisa.</p>
<p>Sądzę, że można by zaproponować jeszcze kilka kandydatur, ale rozumiem &#8211; Billy ma rację. Taki na przykład Johnson. Zawsze w środku był wolnym człowiekiem i naramienniki mu nie przeszkadzały, ale wystarczyło, żeby facet zajął się tłuczeniem kapuchy &#8211; koniec, jakby go ktoś podmienił. Albo nasz admirał! Całkowicie poważnie proponował zbombardowanie obcej bazy na Callisto, motywując to tym, że skoro w jej istnienie i tak nikt nie wierzy, to po kiego ma tam sterczeć. Ale czy on kiedyś był wolny w swoim wyborze? Zawsze skuwała mu ręce i nogi odpowiedzialność za załogi i okręty floty.</p>
<p>Weiland na tle tych bezdyskusyjnych bohaterów wygląda na cholernie niezawisłego.</p>
<p>Tymczasem szeryf odpina z pasa com, rozciąga na stole elastyczną klawiaturę, jeździ po niej palcem. Nad blatem zawisa mapa okolicy.</p>
<p>- Missis Hurt wszystko wam wyłożyła &#8211; mówi policjant niezbyt głośno. &#8211; Ja podaję szczegóły. Ale najpierw: co wy na to?</p>
<p>- Nic. &#8211; Billy bierze ze stołu pojemnik i usiłuje wytrząsnąć z niego ostatnie krople do swojej filiżanki.</p>
<p>- Chwileczkę, Williamie! &#8211; rozlega się z kuchni.</p>
<p>- Dziękuję, ma’am. Nic nie powiem, szeryfie. Sara poszła do lasu i nie wyszła z niego. Jest tam i teraz i sądzę, że zginęła. To wszystko.</p>
<p>- Dobrze, że przynajmniej potwierdzacie oficjalną wersję. Już mi lżej na duszy. A sprecyzować?</p>
<p>- Tylko jeśli przepytamy bliskiego krewnego dziewczynki. Najlepiej matkę. Ale to przecież najczystszej wody sadyzm, żeby cię pogięło!</p>
<p>- Jak wykazuje doświadczenie, rodzice są gotowi na wszystko, byle wiedzieć, co się stało dziecku. Sayerowie są przekonani, że dziewczynka żyje. To jedyni ludzie w mieście, którzy milczenie bransolety interpretują dokładnie odwrotnie.</p>
<p>- Ciekawe &#8211; mówię. &#8211; No to dlaczego do tej pory jeszcze ich tu nie ma?</p>
<p>- Ojciec Sary jest dość znanym uczonym. Fizykiem. Słysząc o Wszystkowidzącym Kamieniu, tylko zaklął. No, można go zrozumieć. Tydzień łaził po lesie, latał nad bagnem, utopił tam maszynę, ledwo ją wyciągnęliśmy. Jest wykończony. Teraz pojechał po jakiś superdetektor, który jest czulszy od naszych skanerów. Sądzi, że Sara leży gdzieś w lesie na poły żywa, ze złamaną nogą.</p>
<p>- I złamaną bransoletką?</p>
<p>- Tak właśnie powiedział: wszystko się kiedyś psuje.</p>
<p>- A ja mam gdzieś! &#8211; agresywnie rzuca Billy.</p>
<p>- O czym pan mówi?</p>
<p>- Mam gdzieś, że on nie wierzy w kamień, że nie wierzy we mnie. Dziewczynka poszła na północ i zaginęła. Nie widzę jej i nie słyszę, ani żywej, ani martwej. Tak nie powinno być. Mnie się to nie podoba, żeby cię pogięło. Dawaj mapę w większej skali, szeryfie. I opowiadaj o bagnie.</p>
<p>Glina posłusznie zoomuje obraz.</p>
<p>- Miejscowi już zapomnieli &#8211; tłumaczy &#8211; a jeszcze pół wieku temu w tej strefie był wydobywany torf. Dlatego topiel nie jest jednorodna. Jest tam kupa zabagnionych dziur różnej głębokości i stosunkowo suche placki między nimi. Widzicie to? Cała wyspa! Na niej są ruiny, to był obóz kopaczy torfu. Nic szczególnego, kupa zgniłych bali.</p>
<p>- Penetrowaliście?</p>
<p>- Ratownicy sprawdzili ruiny bardzo starannie &#8211; uchylił się od odpowiedzi policjant.</p>
<p>- Pytam, czy ktoś tam był osobiście?</p>
<p>- Zjechał jeden ratownik, obejrzał bale, nic nie znalazł. W sumie z tak szczegółową mapą, jaką otrzymaliśmy w wyniku poszukiwań, to ja bym nawet zaryzykował przejście przez bagno piechotą na drugą stronę. Tylko nie ma to żadnego sensu, skorośmy nie znaleźli dziewczynki z powietrza. Pchnąć wam mapę?</p>
<p>- Dawaj, przyda się. &#8211; Billy przysuwa swój com, ja też.</p>
<p>- Od razu ostrzegam, że brałem ze sobą na poszukiwania dziecięcą bransoletkę &#8211; ciągnie szeryf. &#8211; Działała bez zakłóceń. Co do pola elektromagnetycznego, to bagno jest martwe. Nie odnotowaliśmy też zwierząt większych od szczura wodnego.</p>
<p>- Ale i tak jakieś gówno tam siedzi &#8211; mówi mój partner. &#8211; Dobra, poznasz nas z mamą Sary?</p>
<p>- A co mi innego zostało? &#8211; wzdycha glina. &#8211; Będę musiał. To na mnie wisi dziecko zaginione bez wieści. Słowo honoru, już lepszy byłby trup!</p>
<p>Dom Sayerów stoi na uboczu. To długi przysadzisty budynek, połowa dachu jest gęsto porośnięta antenami, drugą połowę zajmuje parking z bojkami nocnego cumowania. Aktualnie pusty.</p>
<p>Dokoła bujnie kwitną różne duperele, posadzone na pierwszy rzut oka w chaotycznym bezładzie.</p>
<p>- Poczekajcie na razie w wozie &#8211; mówi szeryf i ginie w zaroślach.</p>
<p>Billy nieruchomo patrzy na północ: półtorej mili otwartej przestrzeni, a dalej ten osławiony las.</p>
<p>- Coś cię gniecie? &#8211; pytam. &#8211; Mnie jakby coś swędziało.</p>
<p>- Tam to jest &#8211; cedzi mój partner przez zęby.</p>
<p>- Pewnie kąsać będzie! &#8211; rzucam chwacko.</p>
<p>- Potrzebujemy luf &#8211; Billy na to. &#8211; Zastrzelę to gówno, żeby je pogięło.</p>
<p>- Dobry pomysł. Wytrząśniemy z szeryfa?</p>
<p>- A co on nam da? Parę gładkolufówek? Swoje weźmiemy.</p>
<p>- Zgłupiałeś? Ależ my&#8230; Ależ on&#8230; A żeby cię! &#8211; na chwilę tracę dar mowy.</p>
<p>- Ze śrutówką w bagno nie polezę &#8211; mówi mój kumpel.</p>
<p>Jak już Billy odmawia, to odmawia, że proszę siadać. Śmiało można iść poszukać sobie diesla.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-viii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.VII</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vii/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vii/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:37:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=41</guid>
		<description><![CDATA[Nie, nie pałałem żądzą pozostania tu na długo. Mam nieco inne priorytety, a starość w ogóle zamierzam powitać w ojczyźnie. Nawet gdyby weszła tu Clarissa i powiedziała: „Ivan, jestem twoja na wieki!” &#8211; musiałaby się pogodzić z moim wyborem. Ale&#8230; Dziś było mi tu ciepło. W żadnym megapolisie nie znajdziesz takiej niefałszywej kompanii. W megapolisach [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie, nie pałałem żądzą pozostania tu na długo. Mam nieco inne priorytety, a starość w ogóle zamierzam powitać w ojczyźnie. Nawet gdyby weszła tu Clarissa i powiedziała: „Ivan, jestem twoja na wieki!” &#8211; musiałaby się pogodzić z moim wyborem. Ale&#8230; Dziś było mi tu ciepło. W żadnym megapolisie nie znajdziesz takiej niefałszywej kompanii. W megapolisach każdy żyje dla siebie, czyli w każdej sekundzie może pokazać kły.</p>
<p>- A tobie co zginęło, maleńka?</p>
<p>Jakbym się ocknął. Billy siedział w kucki przed maleńką Roads i uśmiechał się do niej najlepszym ze swoich firmowych uśmiechów.</p>
<p>Dziewczynka miała jakieś siedem lat i bała się. W jej duszy osiadł głęboki infernalny lęk. Narzucony lęk. A wszystko przez przyjaciela, z którym mała była bardzo zżyta. Ten przyjaciel nagle zginął fatalnie i zdążył przerzucić na nią fantom śmiertelnego przerażenia.</p>
<p>- Zaginął nasz pies &#8211; odpowiedział za córkę czerwonolicy tata Roads. &#8211; Jej pupil. Wszędzie go ze sobą brała jak najukochańszą zabawkę. Stary pies, irlandzki terier. Tak się też wabił: Terry. Wybraliśmy się na piknik i Terry zwiał do lasu. Był już ślepawy, pewnie po prostu się zgubił i umarł.</p>
<p>- A co wy tam macie? &#8211; zapytał Billy, patrząc ponad głowami.</p>
<p>Dodam: patrząc dokładnie na północ. Poczułem, że teraz, po raz pierwszy tego wieczora, Billy działa naprawdę.</p>
<p>- Tak, to było dokładnie tam &#8211; przytaknął tata Roads i zaczął dziwnie często mrugać. &#8211; To północny las, do niego się nie chodzi. To znaczy, źle się wyraziłem, nawet bardzo się chodzi, i na grzyby, i na pikniki miejsce wspaniałe. Ale tylko z brzegu. Jeśli się ktoś zagłębi, to mniej więcej milę dalej las rzednie, a zaczynają się bagna. Tam kiedyś był kopany torf, potem zaniechano tego. Nikomu się nie chciało bagien osuszać, bo i niby po co.</p>
<p>- Pokażcie mi Terry’ ego &#8211; powiedział Billy.</p>
<p>Łańcuszek zwisający z jego garści znowu się rozkołysał. Tam i z powrotem. Wiecznie się tak kiwa. Słabiutka motoryka. Myślałby ktoś, że ręka jest nieruchoma, ale tak naprawdę to ona się ciut-ciut porusza.</p>
<p>- Aha-a&#8230; &#8211; mruknął mój partner. &#8211; Malutka, a teraz ty. Proszę cię, żebyś sobie przypomniała Terry’ego. Zamknij oczka i przypomnij go sobie.</p>
<p>Potrzebował dużo czasu, znacznie więcej niż zazwyczaj. Jak należało oczekiwać, po pół minucie dziewczynka się rozpłakała.</p>
<p>- Przepraszam &#8211; powiedział Billy. &#8211; Słowo honoru, bardzo żałuję, ale nie ma innej metody.</p>
<p>- To nic &#8211; skłamał tata Roads.</p>
<p>W rzeczywistości już żałował, że tu przyszedł. I wahał się między chęcią odprowadzenia rodziny do domu a kuszącą ochotą przylutowania mojemu partnerowi w oko.</p>
<p>Córka Roadsa siedziała na kolanach mamy, przycisnąwszy policzek do jej piersi. Płakała cichutko i żałośnie. Bardzo po dorosłemu.</p>
<p>- Posłuchaj, kochanie. &#8211; Billy pochylił się do dziewczynki. &#8211; Myślę, że już się domyśliłaś, że Terry umarł. Ale chcę ci powiedzieć, że umarł lekko i promieniście. Po prostu położył się pod drzewem i zasnął. I nie obudził się. Przecież był już bardzo stary. I umarł ze starości.</p>
<p>Mała wolno odwróciła do niemu mokrą twarzyczkę.</p>
<p>- Naprawdę? &#8211; zapytała.</p>
<p>- Naprawdę &#8211; skinął głową Billy.</p>
<p>- Słowo honoru?</p>
<p>- Słowo honoru.</p>
<p>- A czy my go znajdziemy? Terry’ego trzeba pochować.</p>
<p>- Sądzę, że to się nie uda, bączku. Mój kamień nie może podpowiedzieć, gdzie dokładnie zasnął Terry. On mi tylko podpowiedział, co się stało i jak to się stało.</p>
<p>Dziewczynka westchnęła i znowu ukryła twarz na piersi mamy.</p>
<p>- Przepraszam &#8211; powtórzył Billy.</p>
<p>Na tatę Roadsa starał się nie patrzeć.</p>
<p>W tym momencie ulicę zalał charakterystyczny niski warkot, a pod same drzwi podjechało coś potężnego, przy tym wcale nietaniego.</p>
<p>- Czyżby młody Weiland? &#8211; zdziwiła się babcia i poszła otworzyć.</p>
<p>Do drzwi już ktoś dzwonił. Mój partner z wyraźną ulgą usiadł wygodnie i wyprostował ramiona.</p>
<p>- Tylko bez ekscesów &#8211; poprosiłem.</p>
<p>- Ale on łaknie kłopotów! &#8211; oświadczył Billy. &#8211; Młody, bogaty, pijany i w corvetcie. Czego może szukać poza kłopotami na swoją dupę? Przepraszam panie, wyrwało mi się.</p>
<p>- Wszystko się zgadza, Williamie. Bardzo trafna charakterystyka &#8211; powiedziała wdowa Kramer.</p>
<p>- Tak jest &#8211; skinął głową pułkownik.</p>
<p>I nawet papa Roads burknął coś twierdzącego.</p>
<p>- No, gdzie ten nasz jasnowidz? &#8211; doleciało nas od progu.</p>
<p>- Jedź lepiej do domu, chłopcze &#8211; odpowiedziała babcia.</p>
<p>- A może potrzebuję pomocy? Przecież nie odmówi pomocy człowiekowi!</p>
<p>- Potrzebujesz nie pomocy, a dwu tabletek alka-seltzer przed snem. Sprawdzony patent. Rano będziesz jak motylek.</p>
<p>- To jest po prostu nie po chrześcijańsku, ma’am, przeganiać tak od progu znużonego wędrowca&#8230;</p>
<p>Podszedłem do drzwi salonu. Na progu domu stał młody okaz w wymiętym drogim garniturze. Z powodu rozczochranych włosów wyglądał jak ktoś z bohemy. Ale tylko na pierwszy rzut oka.</p>
<p>- Mój przyjaciel jest zmęczony i nie będzie mógł pomóc panu &#8211; powiedziałem. &#8211; Przykro mi. Proszę przyjść jutro.</p>
<p>Chłopak był podobny do ojca, ale u tamtego nie zauważyłem takiego bezczelnego uśmieszku. Takiego czegoś na twarzy Weilanda nawet nie mogłem sobie wyobrazić.</p>
<p>Za plecami młodzieńca stała niebieska corvetta wyprofilowana aerodynamicznie aż do przesady. Pechowa maszynka. Zwykle na takich wyfiutowanych furach wożą się ci, co nie potrafią sensownie nimi kierować.</p>
<p>- Niech się choćby pokaże &#8211; zażądał chłopak. &#8211; Skoro nie wpuszcza się mnie do domu.</p>
<p>- Oto ja &#8211; oznajmił Billy za moimi plecami.</p>
<p>- Aha! &#8211; ucieszył się chłopak. &#8211; Cześć! Mam dla ciebie propozycję. Wyjdź, co?</p>
<p>- Gregu Weilandzie! &#8211; podniosła nieco głos babcia Hurt.</p>
<p>- Wszystko w porządku, ma’am Hurt, przecież pani mnie zna!</p>
<p>- Znam cię &#8211; skinęła głową. &#8211; Dlatego wszystkie propozycje tylko przy świadkach.</p>
<p>Plecami wyczuwałem, jak w salonie denerwuje się pułkownik. Chociaż spróchniały z niego pniak, mógłby położyć Grega jednym pstryknięciem. Zresztą każdy z tych staruchów wygrałby ze szczeniakiem. Nawet Abe, czy to z lutownicą, czy bez. To wszystko były szczątki umierającej Ameryki, kraju-legendy, gdzie kowbojskie buty nosiło się nie dla szpanu.</p>
<p>A jednak wszyscy oni się denerwowali. Przerażały ich pieniądze Weilandów.</p>
<p>Dwie rzeczy doprowadzały mnie do szału: jedna w ojczyźnie, a jedna tu. Rosja nienawidziła cudzego bogactwa. Ameryka się go bała.</p>
<p>- No, w sumie &#8211; zaczął Greg &#8211; myśmy tu z chłopakami postanowili się pościgać&#8230;</p>
<p>- Czy ja wyglądam na miłośnika ulicznych wyścigów? &#8211; spytał Billy.</p>
<p>- Masz niezłą brykę.</p>
<p>- Stoi na karnym parkingu. Do widzenia, młodzieńcze. Przekaż ojcu ukłony. Miło było mieć z nim do czynienia.</p>
<p>- Jasne. Ten się zeszczał. A ty? &#8211; Greg przeniósł szkliste spojrzenie na mnie.</p>
<p>- Ja też nie ścigam się z amatorami &#8211; wypaliłem cholera wie po co. &#8211; I moja bryka też jest na karnym parkingu.</p>
<p>- Oczywiście, jestem amatorem &#8211; skromnie bąknął chłopak. &#8211; Ale wystarczy, bym kiwnął palcem, i wasze fury będą wolne. Natychmiast. Jedźmy, odbierzemy je.</p>
<p>- Zamierzamy dziś wieczorem odpocząć &#8211; powiedziałem, starannie udając układność. &#8211; Dlatego, z całym szacunkiem, ale prosimy o wybaczenie.</p>
<p>- Hm&#8230; Dobra, jedziemy, odbierzecie fury po prostu dla siebie. Po prostu odbierzecie. Przecież to głupie zostawiać wozy glinom.</p>
<p>- Dziękujemy za troskę, Greg, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niech sobie maszyny tam stoją. Pod ochroną.</p>
<p>- Kpicie ze mnie, tak? &#8211; z nadzieją w głosie zapytał młodzieniec.</p>
<p>- Dobra, znudziło mi się &#8211; oświadczyła babcia Hurt. &#8211; Wytrzeźwiej, chłopcze!</p>
<p>I mocno dźgnęła Grega łokciem w pierś.</p>
<p>A on tyłem zeskoczył z werandy i zachwiał się, usiłując utrzymać równowagę. Babcia zatrzasnęła drzwi, po czym odwróciła się do mnie i Billy’ego.</p>
<p>- Nie zgadzajcie się na żadną jego propozycję &#8211; powiedziała z powagą. &#8211; Greg to zepsuty chłopak, w głowie ma tylko podłość. Co poniektórzy już zostali bez maszyn, zgodziwszy się na jego namowy. Co poniektórzy trafili do szpitala.</p>
<p>Na ulicy ryknęła turbina. Dom zadygotał. Dupek Greg dał nam do zrozumienia, co o nas myśli &#8211; zawrócił w miejscu corvettę, poderwał ją i wystrzelił nad domem. Debillo. Nieważne, że złamał przepisy, a przepisy bezpieczeństwa w szczególności. Po prostu w kulturalnym towarzystwie taki manewr jest równoważny splunięciu w twarz. Za przelot nad głową biją po pysku, jak dorwą.</p>
<p>- Nie ścigamy się z amatorami, ma’am &#8211; powtórzyłem. &#8211; A jeśli mam być szczery, to z zawodowcami też nie. Nasz biznes to szybkość i niezawodność. Nie ma tu miejsca na zabawy.</p>
<p>- Ale za ostrzeżenie dziękujemy &#8211; dodał Billy. &#8211; Wanja, pozwól na chwilkę. Chcę cię o coś spytać.</p>
<p>W kuchni mój partner otworzył lodówkę, ale wyjął z niej nie piwo, jak oczekiwałem, tylko mineralną.</p>
<p>- Ależ miałem ochotę dać mu w łeb! &#8211; przyznał się, zrywając kapsel. &#8211; Zjawia ci się takie rozumiesz&#8230; indywiduum, żeby cię pogięło. Ach, zimniutka&#8230;</p>
<p>- Gorąco ci się zrobiło?</p>
<p>- To też. Wanja, nie podoba mi się historia z psem. Do dupy miał śmierć. W dzikim przerażeniu.</p>
<p>- Wiem. Na córce Roadsów wisi fantom, dojrzałem go.</p>
<p>- Można to zdjąć? Szkoda tej małej aż strach. To i tak dziewczynka z problemami, tylko jej dodatkowej traumy brakuje.</p>
<p>- Zobaczę, Bill. Do diabła, co za licho siedzi w tym ichnim bagnie? Jeśli się tego nie wyjaśni, to dziewczynek z problemami będzie pełno w mieście.</p>
<p>- Owszem &#8211; zgodził się mój partner. &#8211; Kryje się tam jakieś gówno śmierdzące jak rzadko. Aż mi ciarki chodzą po skórze. Ciekawe, szeryf w bagno chce nas zapędzić? Może zapytamy go od razu, teraz i zaraz?</p>
<p>- Wieczór mamy i tak beznadziejnie spieprzony!</p>
<p>- Czyli należy go beznadziejnie spieprzyć jakiemuś fajnemu człowiekowi!</p>
<p>- A może najpierw się przespać?</p>
<p>Billy zmarszczył czoło, pomyślał i powiedział:</p>
<p>- Niegłupie. Jak usłyszysz, że skrzypi łóżko, nie przestrasz się: po prostu śni mi się Clarissa.</p>
<p>Kiedy wyszliśmy z kuchni, salon był już pusty i babcia Hurt sprzątała ze stołu. Rzuciliśmy się jej do pomocy.</p>
<p>- Dziękuję, chłopcy &#8211; powiedziała. &#8211; Goście rozeszli się, kiedy was nie było. Przepraszam was za ten spęd, ale nie mogłam ich wyrzucić. Nic tylko daj im jasnowidza z Wszystkowidzącym Kamieniem.</p>
<p>- To mój krzyż &#8211; westchnął mój partner &#8211; i nieść go na swoim umęczonym garbie zamierzam z pokorą. Zresztą przeciw czemu się buntować mnie, grzesznikowi? Kim byłem, póki nie trafił w moje niegodne ręce ów kosmiczny głaz? Zwyczajnym człowiekiem pracy. A teraz jestem ho-ho! Wielki czarny mag William Mbabete, żeby cię pogięło! Przepraszam, ma’am, wyrwało mi się.</p>
<p>- Niech się wyrywa, nie należy tłamsić w sobie. Jestem z zawodu nauczycielką &#8211; oświadczyła babcia, ładując naczynia do zmywarki. &#8211; Nie takie się słyszało. A i małżonek mój, niech mu ziemia lekką będzie, szanował mocne słowa.</p>
<p>- Północny las zawsze cieszył się złą sławą? &#8211; zapytał niespodziewanie Billy.</p>
<p>Babci palec zawisł nad przyciskiem programatora.</p>
<p>- Nie-e &#8211; zaprzeczyła przeciągle. &#8211; Nie. Za mojej pamięci nikt w bagnie nawet nie utonął. Chociaż po lesie łazili ludzie, często mocno pijani. Tam jest dużo grzybów i w pobliżu znajduje się tradycyjne miejsce piknikowe. Ale do bagna po prostu nikt się nie zbliżał, bo i co tam można robić, a poza tym moskitów straszliwe ilości. Ale w ostatnich czasach&#8230;</p>
<p>- Zniknął nie tylko pies? &#8211; podsunąłem z zamierającym sercem.</p>
<p>Bardzo chciałem się pomylić.</p>
<p>- Sądzę, że szeryf z tego powodu tak się wczepił w Williama &#8211; powiedziała babcia. &#8211; Pies&#8230; Od psa się</p>
<p>zaczęło. Następnego dnia w lesie zaginęła dziewczynka. Jedenaście lat. Miła taka dziewuszka, Sara Sayer, znałam ją.</p>
<p>- Ale dziecko nie może zaginąć! &#8211; niemal krzyknął Billy.</p>
<p>- Może, jeśli jego dziecięca bransoleta się nie odzywa.</p>
<p>Mój partner jak stał, tak usiadł.</p>
<p>- To też był piknik? &#8211; zapytałem, starając się nie poddawać uczuciom.</p>
<p>- Nie-e, to bardziej skomplikowane. Sara była uważana za nieco dziwne dziecko, rodzice nawet poszli z nią do psychiatry, ale ten powiedział, że wszystko mieści się w granicach normy. To była dość zamknięta w sobie dziewczynka, w wolnym czasie oddawała się zajęciu uważanemu tu za pustą rozrywkę. A mógł z niej wyrosnąć wspaniały ekolog. Już we wczesnym dzieciństwie ujawniła się u niej „zielona ręka”. Słyszeliście o czymś takim? Tak się mówi o tych, co potrafią znaleźć wspólny język z przyrodą. Sara hodowała drobne zwierzaki, wspaniale znała się na kwiatach i ziołach, nawet mnie czasem doradzała. Widzieliście mój sad? I dużo chodziła po okolicy. Czasem znikała w lesie na długo. Nikogo to nie niepokoiło, przecież my tu żyjemy w sumie po wiejsku. Każdy uczeń zna każdą ścieżkę w promieniu pięciu albo i dziesięciu mil. A te bransolety&#8230; Osłabiają czujność, rodzice wyzbywają się niepokoju&#8230;</p>
<p>Oczywiście, w dziecięcej bransolecie poza nawigatorem i minicomem jeszcze jest cały kompleks diagnostyczny i boja SOS. A dziecięca to ona jest tylko z nazwy, w rzeczywistości to wojskowa bransoletka. Cała różnica polega na tym, że z żołnierza może ją zdjąć wyłącznie dowódca, a z dziecka matka lub ojciec. Pewnie, chcąc nie chcąc, zapomina się o pilnowaniu bachora. Wkrótce takie nieprzystosowane pokolenie wyrośnie, że się zdziwimy &#8211; same Gregi Weilandy w szerokim wyborze.</p>
<p>Jeśli bransoletka milczy, to najprawdopodobniej jest zniszczona. Nie da rady zgnieść jej butem, młotkiem nie da się rozwalić. Wyobraziłem sobie niedźwiedzie szczęki zaciskające się na szczupłym przegubie. Biedna dziewczynka!</p>
<p>- Ciekawe &#8211; mruknął Billy. &#8211; Pies miał bojkę? Zapomniałem zapytać.</p>
<p>- Słyszałam, że miał. I też nie odpowiada.</p>
<p>- Jak się dowiedzieliście, że dziewczynka zaginęła akurat w północnym lesie?</p>
<p>- Jej rower leżał pod drzewami. I matka to potwierdziła. Las został przeczesany bardzo starannie. Przeszukano bagno z powietrza, ale ani śladu. To się stało&#8230; Dziś był dziewiąty dzień.</p>
<p>Wymieniliśmy z Billym spojrzenia i zrobiło mi się trochę głupio. Już trzecią dobę jesteśmy tu jak na wczasach, a Sara&#8230; Dobra, to gadanie głupiego. Szeryf nie ma nadziei na znalezienie jej żywej. Dlatego nie mobilizował nas od razu, bez przymuszania. Szuka ciała. Albo myśli, że dzieciak zwiał?</p>
<p>- Dzieci czasem uciekają z domu &#8211; powiedziałem. &#8211; Mądra, zamknięta w sobie dziewczynka, o której prywatnym życiu niewiele wiadomo&#8230; Mogła mieć najbardziej nieprawdopodobne powody do zainscenizowania swojej śmierci.</p>
<p>- Napiję się, chłopcy, jeszcze kawy &#8211; powiedziała babcia. &#8211; Was też liczyć? A wy w tym czasie wyobraźcie sobie, jak jedenastoletnie dziecko może zablokować swoją bransoletkę. Nie każdy dorosły sobie z tym poradzi.</p>
<p>- Nie wygłupiaj się, Wanja, żeby cię pogięło &#8211; poradził Billy. &#8211; Szeryf jest przekonany, że Sara zginęła. Całe miasto jest o tym przekonane. W innym przypadku już w sobotę popędziliby nas na poszukiwania. A ty sam wiesz, że w bagnie siedzi jakieś gówno.</p>
<p>- Jeśli nad bagnem odbyły się loty, to zostało przeskanowane na wylot &#8211; szedłem w zaparte. &#8211; A właśnie, ma’am Hurt, kto się tym zajmował?</p>
<p>- Najpierw gliny, potem ratownicy.</p>
<p>- Słyszałeś, Billy? Nadal jesteś przekonany, że w bagnie coś siedzi, partnerze?</p>
<p>- Na sto z hakiem. A ty nie?</p>
<p>- Na dwieście &#8211; przyznałem ponuro. &#8211; Niech to diabli, to jest zgniła, śmierdząca, obrzydliwa sprawa.</p>
<p>- Dobrze pani pamięta Sarę Sayer, ma’am?</p>
<p>- Tak, Williamie. &#8211; Babcia z gotowością odwróciła się do Billy’ego.</p>
<p>- Nie, nie trzeba &#8211; machnął ręką mój partner. &#8211; Dziewczynka jest martwa. Nie widać jej i nie słychać. Będziemy szukali jutro. Nie jestem dziś w dobrej formie, a i późno się zrobiło.</p>
<p>- Nie trzymasz kamienia w ręku, Williamie &#8211; zauważyła babcia. &#8211; Czyli kiedy masz go na szyi, też czujesz z nim kontakt?</p>
<p>- Oczywiście, ma’am. Biorę kamień do ręki, żeby wielki czarny mag William Mbabete robił większe wrażenie. Gdybym nie był w stałym kontakcie&#8230; Przecież pani wie, co się wydarzyło w piątek. A kamień wisiał na swoim zwykłym miejscu. Przepraszam za to przypominanie, ale to dobry przykład&#8230; Żywy i wypukły.</p>
<p>Przypomniałem sobie wypukłości panien Hurt i mało co się nie oblizałem. Z pyszczkami dziewczyny fartu nie miały, ale cała reszta wyrosła im w pierwszym gatunku.</p>
<p>Babcia podała kawę Billy’emu, a ja nagle pojąłem, że patrzy na niego ze współczuciem.</p>
<p>- Biedny Williamie &#8211; powiedziała. &#8211; Pan rzeczywiście niesie to na sobie, jak&#8230; jak&#8230;</p>
<p>- Jak krzyż &#8211; z łatwością dokończył mój partner. &#8211; A co ja poradzę? Co mam zrobić? Dostałem, to niosę&#8230; Wanja, czego ty tam szukasz z takim zapałem?</p>
<p>Przypiąłem z powrotem com na rękę.</p>
<p>- Sprawdziłem częstotliwości, czy jakimś urządzeniem można zagłuszyć SOS bojki dzieci i psów.</p>
<p>- Nie można &#8211; pokręcił głową Billy.</p>
<p>- Masz rację, to był głupi pomysł. Te częstotliwości niby może udawać każdy silnik z niesprawnym dławikiem hałasu. Ale takie cudo hurczałoby na cały okręg. Od razu zostałoby wykryte.</p>
<p>- Ależ z ciebie detektyw. Kto mieszka w bagnie?</p>
<p>- Pijawki i moskity. I jutro cię pożrą.</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; poderwał się mój partner.</p>
<p>Jak wielu wysokich silnych mężczyzn wyrosłych na asfalcie Billy nie znosi żadnej kąsającej żywiny.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.VI</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vi/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vi/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:37:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=39</guid>
		<description><![CDATA[Ulokowano nas u babci Hurt. Ojciec uratowanych dziewczynek od razu tak zaordynował: „Chłopy, sprzedam dla was ostatnie spodnie, ale do swojego domu was nie wpuszczę. Sami widzicie &#8211; dziewczyny mam jak maliny, seks im z uszu tryska. Zakochają się w przybyszach i uciekną. Czy mi to do szczęścia potrzebne?”.
Szczerze mówiąc, dziewczyny były takie sobie, ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ulokowano nas u babci Hurt. Ojciec uratowanych dziewczynek od razu tak zaordynował: „Chłopy, sprzedam dla was ostatnie spodnie, ale do swojego domu was nie wpuszczę. Sami widzicie &#8211; dziewczyny mam jak maliny, seks im z uszu tryska. Zakochają się w przybyszach i uciekną. Czy mi to do szczęścia potrzebne?”.</p>
<p>Szczerze mówiąc, dziewczyny były takie sobie, ale oczkami do nas strzelały całymi seriami, dlatego z Billy’m żeśmy zgodnie ustalili: tacy goście jak my nie są Hurtowi do szczęścia potrzebni.</p>
<p>A babcia Hurt okazała się skarbem. Urządziła nas, nakarmiła, ułożyła do snu, niemal bajeczkę na dobranoc opowiedziała. A wszystko z godnością, bez zbędnej krzątaniny i głupiego przymilania. Aż się na lirykę przestroiłem &#8211; nagle pomyślałem sobie, że kawaler w średnim wieku to czasem okrutnie jest łasy na ciepło matczynej dłoni. Billy też powiedział: „Oj, mama mi się przypomniała!”.</p>
<p>Ale najpierw był wieczór trudnego dnia &#8211; poniedziałku.</p>
<p>Przyszliśmy z baru leciutko weseli, mając nadzieję wrąbać smaczny obiad i się wyluzować. Jeszcze w domu ściągnąłem sobie nowy katalog tuningowy, ale ciągle nie miałem czasu pobuszować po nim po ludzku. Mój com twierdził jednak, że już z piątku na sobotę przejrzałem katalog od dechy do dechy, a następnej nocy usiłowałem nawet coś zamówić, tylko nie potrafiłem prawidłowo wprowadzić pinu karty. Nic takiego sobie nie przypominałem.</p>
<p>Billy zamierzał wywiedzieć się u babci, gdzie tu imprezuje młodzież, pójść tam, przypadkowo spotkać Clarissę i jak należy zawrócić jej w głowie.</p>
<p>„Uważaj, bo ci wpieprzą!” &#8211; zauważyłem, ale mój partner tylko prychnął.</p>
<p>W takim oto błogim nastroju usiedliśmy do babcinego stołu łamiącego się od potraw i wszystko było wspaniale, póki jedno rzucone od niechcenia zdanie nie obudziło mojej czujności.</p>
<p>- Czyli Ronnie Palmer jednak poszedł do wojska&#8230; &#8211; bąknęła babcia.</p>
<p>A ja zrozumiałem: zaraz się zacznie.</p>
<p>Goście ruszyli ławicą, zaledwie wstaliśmy od stołu. Babcia bardzo zręcznie namówiła nas, żebyśmy wypili sobie kawki w salonie. A tam już jakoś tak naturalnie znalazł się i stary Jack, i chichotka Molly, i wdowa Kramer, i hałaśliwa rodzinka Roadsów, i emerytowany pułkownik Mówcie-Do-Mnie-Po-Prostu-Pułkowniku, i jeszcze od groma sąsiadów.</p>
<p>Wszyscy oni, rzecz jasna, po prostu przechodzili obok i postanowili wpaść, ot tak sobie.</p>
<p>Poza tymi, co tradycyjnie w poniedziałki wymieniali się z babcią przepisami kulinarnymi.</p>
<p>I tymi, co zawsze w poniedziałki potrzebowali jej konsultacji w sprawie nawożenia roślin ozdobnych.</p>
<p>To oczywiście z łatwością można było załatwić przez com &#8211; poza zjedzeniem placka, rzecz jasna &#8211; ale tu się tego tak nie załatwiało. Tu się chodziło w odwiedziny.</p>
<p>Odniosłem wrażenie, że tak naprawdę sprawę do babci miał tylko stary Abe Pewsner: potrzebował lutownicy. Otrzymawszy sprzęt, usiłował nawet zwiać, ale pochwycono dziadka i usadzono do konsumpcji ciasta.</p>
<p>Rozmowa płynęła od tematu do tematu i nijak nie mogła zacumować przy wątku interesującym wszystkich. W końcu Billy, którego nieubłaganie ciągnęło w okolice rozrywek młodzieżowych, ciężko westchnął i wyczekawszy na krótką pauzę, oświadczył:</p>
<p>- Nawiasem mówiąc, przyjaciele moi, skoro już tu wszyscy jesteście, może mógłbym jakoś odwdzięczyć się temu miastu za gościnność?</p>
<p>Sformułowanie to, po mojemu, nie było najszczęśliwsze, wszyscy przecież wiedzieli, że szeryf zatrzymał nam maszyny. I w jakim celu &#8211; też wiedzieli.</p>
<p>Ale Billy nie dał miejscowym czasu na wstyd. Po prostu zdjął kamień z szyi, zacisnął go w garści i zapytał:</p>
<p>- Przecież chciałby pan wyjaśnić jedną rzecz, szanowny pułkowniku, czyż nie? To może ukryjmy się w kuchni, żeby nam nikt nie przeszkadzał.</p>
<p>I się zaczęło. Billy tylko wysuwał głowę przez szparę w drzwiach i mówił: „Dobra, missis Kramer, nie jestem ślepy, coś pani zgubiła i nie może znaleźć&#8230; Wchodź, Molly, wróżka ze mnie kiepska, ale kamień podpowie, do kogo rwie się twoje serce&#8230; Jack, opisz mi swojego tradera, zastanowimy się, czy można mu ufać&#8230; Abe, jesteś pewien, że stara matczyna płyta główna domaga się kontaktu z lutownicą?”</p>
<p>W salonie babci było coraz weselej i jakoś po domowemu. Goście okazali się nad podziw miłymi ludźmi, nawet pułkownik (nie trawię zimnokrwistych zabójców, również emerytowanych). Wszyscy oni żyli sobie w przyjaźni i kochali swoją mieścinę. Na dodatek starsze pokolenie &#8211; jak by to ładnie powiedzieć?&#8230; &#8211; było opasane, i to na krzyż, na poły zetlałymi więzami miłosnych zaszłości, biznesowych kontaktów, zawiści, kłamstw i obłudy. W ich przeszłości nie brakowało takich rzeczy jak seks, pijaństwa, rozliczenia na pięści i na sali sądowej. Ale nie zacinali się w złości, a pamiętali tylko dobre rzeczy. Pewnie dlatego, że miasteczko było małe i jeśli ktoś nie potrafił ludziom wybaczać, to tylko sam zatruwał sobie życie.</p>
<p>Podobali mi się. Oni i ich miasteczko.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-vi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.V</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-v/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-v/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:35:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=37</guid>
		<description><![CDATA[- Szczery facet z ciebie, Billy &#8211; mówię. &#8211; Do bólu.
- Chłopca interesował pułap T5. Podałem mu informację.
- A jakby zapytał: „Mister, a jaki jest pułap pańskiej »teczki«„?
- To bym mu powiedział: „Chłopcze, ja mam nie standardową »teczkę«, a »T5 Evolution«„&#8230;
- A gdyby on&#8230;
- Wanja, dlaczego jesteś taki upierdliwy?
- Po prostu gadam sobie &#8211; mówię. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>- Szczery facet z ciebie, Billy &#8211; mówię. &#8211; Do bólu.</p>
<p>- Chłopca interesował pułap T5. Podałem mu informację.</p>
<p>- A jakby zapytał: „Mister, a jaki jest pułap pańskiej »teczki«„?</p>
<p>- To bym mu powiedział: „Chłopcze, ja mam nie standardową »teczkę«, a »T5 Evolution«„&#8230;</p>
<p>- A gdyby on&#8230;</p>
<p>- Wanja, dlaczego jesteś taki upierdliwy?</p>
<p>- Po prostu gadam sobie &#8211; mówię. &#8211; Chcę się przestawić. Rozumiesz, tam, w barze, pod kontuarem stoi baryłeczka schłodzonego jasnego piwa. I wzywa mnie. Krzyczy: „Wania, biegnij szybciej, wypij mnie!”. Żeby nie zwariować od jej wrzasków, tworzę zakłócenia.</p>
<p>- A mnie się strasznie chce &#8211; wzdycha Billy &#8211; za kierownicę. I na trasę.</p>
<p>Tak, za kierownicę i na trasę&#8230; Patrzę w niebo i nagle dociera do mnie: od kilku lat nie widziałem Ziemi.</p>
<p>Kiedy człowiek długo nie widzi Ziemi z boku, zaczyna mieć do niej nieodpowiedni stosunek. Odnosi się do niej jak do jakiegoś zwyczajnego lądu, który można deptać stopami. A Ziemia przecież jest żywa. Przez pewien czas marzyłem, że wszystkich idiotów, którzy urządzają tu wojny i inne świństwa, wyciągnę na sto mil w górę i zmuszę do uświadomienia sobie, gdzie tak naprawdę żyją. I jak ostrożnie należy się tu zachowywać.</p>
<p>Dopiero po latach zrozumiałem, że między nimi i nami jest zasadnicza różnica. Można im pokazywać wszystko, co się żywnie podoba.</p>
<p>A do nich po prostu nie dociera.</p>
<p>Przypominam sobie to moje smutne odkrycie i duszę przepełnia mi smutek, ale od razu mówię sobie: „Ivan, to są tylko poalkoholowe lęki”.</p>
<p>A tu się bar po drodze napatoczył.</p>
<p>I z baru wychodzi, niepewnie krocząc, miejscowy menel, widzi nas i drze się na całą ulicę:</p>
<p>- Billy, mordo stara, żeby cię pogięło! Zapytaj kamyczka, z jakim wynikiem Byki w tym tygodniu potną Gigantów!</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; radzi mu mój partner.</p>
<p>Jak wielu wysokich mężczyzn nie znosi koszykówki.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-v/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.IV</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iv/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iv/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:35:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=35</guid>
		<description><![CDATA[Nie licząc oczywiście tych, od zderzenia z którymi niemal codziennie uchyla się na trasie.
- Proszę opowiedzieć, missis Palmer &#8211; prosi szeryf.
No proszę, już tarmosi chusteczkę!
- Rozumiecie, mój Ronnie&#8230; Mój synek. Jest brokerem w Chicago. Wcześniej dość często rozmawiał ze mną&#8230;
Kłamie. Nie często. Bardzo rzadko.
- &#8230;a od dwóch miesięcy nie mogę się z nim skontaktować. Jego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie licząc oczywiście tych, od zderzenia z którymi niemal codziennie uchyla się na trasie.</p>
<p>- Proszę opowiedzieć, missis Palmer &#8211; prosi szeryf.</p>
<p>No proszę, już tarmosi chusteczkę!</p>
<p>- Rozumiecie, mój Ronnie&#8230; Mój synek. Jest brokerem w Chicago. Wcześniej dość często rozmawiał ze mną&#8230;</p>
<p>Kłamie. Nie często. Bardzo rzadko.</p>
<p>- &#8230;a od dwóch miesięcy nie mogę się z nim skontaktować. Jego com został zablokowany. Powiedziano mi, że pod tym adresem, jaki miałam, Ronnie nie mieszka. Bardzo się niepokoję&#8230; Czy mam pokazać jego zdjęcie? Och, nie domyśliłam się, już niosę!</p>
<p>- Nie trzeba &#8211; oschłym tonem rzuca Billy.</p>
<p>Co prawda lekko zaklinował, ale to dla niego za mało, więc nie oczekujcie dziś od mojego partnera zrozumienia i uczuciowości.</p>
<p>- Nie trzeba? &#8211; pyta zdziwiona damulka.</p>
<p>Żeby tylko Billy nie doprowadził jej do łez! Chusteczka już zgnieciona w kulkę.</p>
<p>- Proszę wywołać w pamięci obraz Ronniego, proszę pani. To znacznie lepsze od zdjęcia. Proszę myśleć o synu. Może pani zamknąć oczy.</p>
<p>- Już, już&#8230;</p>
<p>Mój partner też zamyka oczy i mocniej zaciska pięść z kamieniem.</p>
<p>Szeryf patrzy na Billy ego tak, jakby gotów był go zastrzelić przy pierwszym gwałtownym ruchu.</p>
<p>Zwisający z pięści łańcuszek lekko się kiwa. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Żebym się tylko nie zahipnotyzował. W końcu też jestem na kacu.</p>
<p>Billy robi mocny wydech i otwiera oczy. Rzuca krótkie spojrzenie na przyczajonego glinę.</p>
<p>- A co się pan &#8211; mówi do niego &#8211; panie Gibbson, tak natężył? Natężanie to moje zajęcie. A pańskie to innych natężać.</p>
<p>Ten już otwiera usta, ale go uprzedzam:</p>
<p>- Nie rób scen, Billy, bądź miły i nie przeginaj.</p>
<p>- Skumałem &#8211; kiwa głową. &#8211; Co mam pani powiedzieć, pani Palmer? Nic się strasznego nie stało. Ale moja informacja może panią zdziwić.</p>
<p>- Mój chłopiec&#8230; Jest zdrowy?</p>
<p>- Bardziej od nas. Proszę sobie przypomnieć, czy Ronnie nigdy nie mówił pani, że marzy mu się kariera wojskowego?</p>
<p>Szeryf już nie jest gotów zastrzelić Bill’ego. Usiłuje zestawić dwa obrazy &#8211; tego, co to „ciągnij diesla”, i tego, co to wyraża się gramatycznie.</p>
<p>Teraz mój partner nawet postawę ma inną. Siedzi jak arystokrata, czarny gamoń. Jak jakiś kacyk afrykański, monarcha niewielkiego, ale niebezpiecznego ludu.</p>
<p>- Wojskowy&#8230; &#8211; damulka szepce i blednie.</p>
<p>- O ile dobrze zrozumiałem, proszę pani, com pani syna został zablokowany nieprzypadkowo. Ronnie jest teraz w jakimś tajnym obozie. To bardzo mi przypomina wstępne testy formacji specjalnego przeznaczenia. Tak więc proszę się uzbroić w cierpliwość, jeszcze przez miesiąc nie będzie się odzywał. Jeśli oczywiście wcześniej nie odpadnie. Ale takie mam wrażenie, że pani syn jest zdecydowany wytrzymać do końca. To twardy chłopak.</p>
<p>- Oddziały specjalne&#8230; O Boże! Czyli tam biorą byle kogo?</p>
<p>- Przepraszam, ma’am, ale pani syn nie jest byle kim. On chce być w piechocie morskiej.</p>
<p>Damulkę zaraz trafi apopleksja. W przenośni. Bo fizycznie to ma zdrowie za dwóch.</p>
<p>- No to my sobie już pójdziemy, missis Palmer &#8211; szybko rzuca szeryf. &#8211; Miejmy nadzieję, że wszystko ma się tak, jak powiedział William. Cieszę się za Ronniego, cieszę się za panią, i zapewniam, sprawdzę te dane oficjalnymi kanałami.</p>
<p>A sam szarpie mnie za rękaw.</p>
<p>Billy wstaje i bardzo uroczyście kłania się missis Palmer.</p>
<p>Ta zaś skubie chusteczkę i mamroce: „Ronnie, mój Ronnie, jak mogłeś tak zdenerwować mamusię&#8230;”.</p>
<p>Glina niemal wywleka nas z domu na werandę.</p>
<p>- Ufff! Zdążyliśmy zwiać. Bo zaraz się zacznie&#8230;</p>
<p>Zza drzwi dobiega nas ciche, ale przekonujące wycie.</p>
<p>- Idziemy, idziemy! &#8211; rozkazuje szeryf, spychając nas z werandy.</p>
<p>Wycie wchodzi na wyższe obroty.</p>
<p>- Dziękuję ci, Williamie &#8211; mówi policjant, wyciągając dłoń do Billy’ego. &#8211; I przepraszam za ten niewielki sprawdzian. Po prostu musiałem, rozumiecie? No? Zgoda? Bo wszystko się zgadza: Ronnie nigdy nie pracował jako broker, jest kapralem piechoty morskiej i bardzo dobrze się czuje.</p>
<p>Mojemu partnerowi ciągle jeszcze łańcuszek zwisa z pięści. I tę pięść podnosi do fizys szeryfa. Bez groźby. Po prostu pcha mu pięść w nos.</p>
<p>- A ta Palmer, kretynka malowana&#8230; &#8211; glina przerywa w pół słowa i zamiera z otwartymi ustami.</p>
<p>Zaraz Billy sypnie mu z garści za „niewielki sprawdzian”.</p>
<p>- Pan, panie Gibbson &#8211; mówi ten jednak, rozciągając słowa i patrząc na wylot przez szeryfa &#8211; zawsze był kochliwy. Ale oprócz tego był pan niepoprawnym romantykiem. Dlatego nigdy nie zdradził pan żadnej ze swych kobiet&#8230;</p>
<p>Zawisa nad nami męcząca pauza.</p>
<p>A w bialutkim domku wycie przybiera na sile i już jakby przechodzi w ryk. Zaraz zacznie się histeria.</p>
<p>- I żony pan nie zdradza, nawet kiedy ma pan na to wielką ochotę&#8230;</p>
<p>Policjantowi spod daszka czapki spływa obfity pot. Szeryf strasznie, aż do spazmów boi się tego, co Billy może powiedzieć dalej. Przecież skłamie, zaraza, i nie sprawdzisz tego. A jak nawet nie skłamie &#8211; nie udowodnisz. I męcz się potem, człowieku, do końca swoich dni, aż do pośmiertnego zesztywnienia.</p>
<p>Billy wolno, bardzo wolno rozciąga gębę w uśmiechu.</p>
<p>- Tak to, szeryfie! &#8211; oświadcza tonem zwycięzcy, cofa pięść i wiesza kamień na szyi.</p>
<p>Wsadza ręce do kieszeni, po czym odchodzi, kierując się do centrum miasta.</p>
<p>Glinę łapie nerwowy tik. Drga mu policzek.</p>
<p>- Ulżyć panu? &#8211; pytam.</p>
<p>Szeryf chrypi, kaszle i w końcu pyta, nie patrząc mi w oczy:</p>
<p>- Jak ulżyć?</p>
<p>- Billy nie może wyczaić tego, do czego czynił aluzje. Z łatwością określi, gdzie w tej chwili jest pańska żona albo jak się czują pańskie poprzednie sympatie. Ale przebadać je na okoliczność niewierności &#8211; guza. To nie jego <em>emploi.</em></p>
<p>Policjant zerka na mnie z niedowierzaniem.</p>
<p>- To jest Wszystkowidzący Kamień &#8211; wyjaśniam. &#8211; Zwyczajnie Wszystkowidzący. Nie mylić z Wszystkowiedzącym.</p>
<p>- A taki też jest?!</p>
<p>- Ivan! &#8211; ryczy Billy z daleka. &#8211; Żeby cię pogięło, idziesz czy nie?</p>
<p>- Informacja nie zanika, mister Gibbson. Wszystkie nasze postępki pozostawiają ślady. Ale to jest poza kompetencjami Billy’ego. On tylko widzi to, co jest teraz i tutaj.</p>
<p>- No to jak odkrył moją przeszłość?</p>
<p>- Bez trudu. Przecież ona jest odbita w panu, panie Gibbson.</p>
<p>Szeryf zastanawia się.</p>
<p>- Kuma pan? &#8211; ciągnę. &#8211; No to świetnie. A my z partnerem powinniśmy walnąć po kufelku zimnego piwa. Proszę się nie obawiać, wyszliśmy z ciągu. Gdzie mieszkamy, pan wie.</p>
<p>Wraca mój partner. Kładzie mi rękę na ramieniu. I mówi do policjanta, mierząc go z góry na dół:</p>
<p>- Bez paniki, szeryfie. Wszystko będzie załatwione profesjonalnie. Już ci wybaczyłem. I nawet Marvina, gnoja śmierdzącego, ci wybaczyłem. Skoro mamy pracować razem, to nie możemy się kłócić. Ludzie dobrej woli muszą trzymać sztamę. Muszą być jedną drużyną, żeby cię pogięło! Kumasz? Ale jeśli jeszcze raz ktoś dotknie maszyny, pociągnie diesla na maksa. Wtedy już mi nie przeszkodzisz. Idziemy, Wanja!</p>
<p>Billy mnie odciąga, a glina zostaje na chodniku, zastanawiając się, czy nie popełnił aby straszliwego błędu, zatrzymawszy nas w mieście.</p>
<p>Czuję to w czubku głowy.</p>
<p>I to, że porucznikowi cholernie potrzebna jest pomoc w jakimś od dawna stojącym w ślepej uliczce śledztwie &#8211; też czuję.</p>
<p>- Teraz po piwku i na obiadek &#8211; marzycielskim tonem oświadcza mój kumpel. &#8211; Nawet mi się tu podoba. Fajne miasteczko i ludziska prześmieszni.</p>
<p>- Tylko trochę gorąco.</p>
<p>- Mi się podoba.</p>
<p>- Nie wątpię. Billy, wiesz <em>co, </em>może weźmy Afrykę, jak się napatoczy cargo. Raz, co?</p>
<p>- Gówno tam. &#8211; Kręci głową. &#8211; Przecież się dogadaliśmy. Ja mam delikatną psychikę, łatwo mnie zranić. Nie dam rady patrzeć na burdel, w którym żyje naród moich przodków.</p>
<p>- A ja to mogę?</p>
<p>- Ty masz swój kretyński rosyjski stereotyp. Ach, ta nieszczęsna Rosja, jak w niej jest źle! Kochacie robić z siebie biedaków. Nie zauważyłem jakoś, żeby tam było źle. Żarcia od zasrania, dokoła blondynki i mercedesy. O, w mojej historycznej ojczyźnie to dupa blada!</p>
<p>- W Namibii, jak mi się zdaje, merców jest więcej niż w Rosji&#8230;</p>
<p>- Hej, mister! Mogę pana prosić na chwilkę?</p>
<p>Dwa szkraby po dziesięć lat, obaj w tiszertach z napisami „Uliczny ścigacz”. Wszystko jasne.</p>
<p>- Mister, myśmy się założyli&#8230; Pan ma Lockheeda Albatrosa T5?</p>
<p>- Nawet dwa, synu. &#8211; Billy uśmiecha się na całą klawiaturę.</p>
<p>- „Te-piątka” może wyjść w przestrzeń kosmiczną?</p>
<p>- Coś ty, przyjacielu! „Teczka” ma pułap dwadzieścia mil. I szczerze mówiąc, jest mało sterowna już na osiemnastu. Majta się jak mydło w wannie.</p>
<p>- Mówiłem! &#8211; triumfuje jeden ze szkrabów.</p>
<p>Drugi opuszcza spojrzenie.</p>
<p>- „Te-piątką” nie należy wspinać się tak wysoko &#8211; wyjaśnia mój partner. &#8211; To jest maszyna na trasę. Świetna maszyna, bardzo szybka.</p>
<p>- Dziękuję, mister.</p>
<p>Idziemy swoim szlakiem, chłopcy z tyłu wymieniają kuksańce. Zaczął &#8211; wiadomo, ten co przegrał.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iv/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.III</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iii/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iii/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:34:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=33</guid>
		<description><![CDATA[Poza tym chciałbym się ożenić. Ożenić i ustatkować. Pewnie na kacu takie myśli&#8230;
Clarissa bardzo by mi pasowała.
I jak na zamówienie właśnie do mnie podeszła.
- Mister Kouznetsoff, szeryf oczekuje pana.
Tak w ogóle to mógłby szeryf szarpnąć się na com, a nie wysyłać kuriera. A może z racji stanowiska nie powinien zaprzątać sobie łba duperelami?
- A czy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Poza tym chciałbym się ożenić. Ożenić i ustatkować. Pewnie na kacu takie myśli&#8230;</p>
<p>Clarissa bardzo by mi pasowała.</p>
<p>I jak na zamówienie właśnie do mnie podeszła.</p>
<p>- Mister Kouznetsoff, szeryf oczekuje pana.</p>
<p>Tak w ogóle to mógłby szeryf szarpnąć się na com, a nie wysyłać kuriera. A może z racji stanowiska nie powinien zaprzątać sobie łba duperelami?</p>
<p>- A czy to prawda, mister Kouznetsoff &#8211; pyta Barbie niby od niechcenia &#8211; że pański kolega ma Wszystkowidzący Kamień?</p>
<p>Fajna dziewucha. Aż nie mogę uwierzyć, że naturalna. I ten nosek<em> </em>leciuteńko zadarty&#8230; Nosek, oczka&#8230; Mój typ. Biust nieco za duży, ale co zrobić &#8211; Południe. Za to nogi fenomenalne. Z niemal nieuchwytnym zakrzywieniem w łydce. Niby nie ma go, a jest. Takie nogi może zrobić jedynie baaardzo utalentowany korektor. Zazwyczaj nogi robi się proste jak wał Cardana. I od razu w image’u coś się nie zgadza. Czegoś brakuje, czegoś naturalnego. Czar pryska.</p>
<p>- Co? &#8211; zadaję przelotne pytanie.</p>
<p>- Źle się pan czuje, mister Kouznetsoff?</p>
<p>- Wręcz przeciwnie, kochana Clarisso. Patrzę na panią i robi mi się dobrze. I nie jestem żaden mister, tylko Wania.</p>
<p>- Wa-anja&#8230; &#8211; wypowiada z przydechem. Całe szczęście,<em> </em>że nie ma obok mnie Billy’ego. Już by zaczął rżeć histerycznie i walić głową o ścianę. Wie, jak nienawidzę tego amerykańskiego „Wanja”, nawet on stara się nie mówić tak do mnie za często. I ciągle marzę, że spotkam dziewczynę, która wypowie to imię jak należy.</p>
<p>- Może lepiej jednak Ivan. Mówi pani, że czeka na mnie szeryf?</p>
<p>- Tak, mister&#8230; Ivan.</p>
<p>Przy drzwiach odwracam się na chwilę.</p>
<p>- Pytała mnie pani, co za rzecz posiada Bilty. Oczywiście, Clarisso, to jest Wszystkowidzący Kamień. I to działający. Wie pani przecież, jak Billy uratował siostry Hurt. Dlaczego więc pani pyta?</p>
<p>- To sprzyjający przypadek dla miasta, Ivan. &#8211; Barbie patrzy mi prosto w oczy. &#8211; Nawet nie marzyliśmy, żeby mieć do dyspozycji człowieka z takim artefaktem. Ale proszę się przygotować, szeryf najpierw zrobi wam test.</p>
<p>- Do licha, co wy tu macie za problem?!</p>
<p>- Jeśli szeryf uwierzy w artefakt, to wam powie.</p>
<p>Wzdycham. Wieś to wieś i wsią pogania. Prowincjuszy uważają za łatwowiernych gamoni tylko ci, co wyrośli w megapolisach. A wiejskie życie jest wielce mylące&#8230; Sam jestem ze wsi, to co mam nie wiedzieć. Billy i szeryf siedzą naprzeciwko siebie, mierzą się wzrokiem.</p>
<p>- Coście się tak nabzdyczyli &#8211; pytam &#8211; bracia w rozumie?</p>
<p>- Czekamy na pana &#8211; powiada glina. &#8211; <em>Czy </em>to z szefem pan rozmawiał?</p>
<p>- Boss daje nam <em>carte blanche. </em>Ale prosi, żebyśmy napomknęli pewnemu szeryfowi, że na etacie firmy znajduje się patentowany spec od poskramiania policjantów. Kumasz? „Adwokat Liebermann” coś panu mówi?</p>
<p>- Słowo „adwokat” jest mi niewątpliwie znajome &#8211; kiwa głową glina. &#8211; A słowo „Liebermann” słyszę po raz pierwszy w życiu. Hm, co by to mogło znaczyć? Dobra, do rzeczy. Williamie, jak się pan czuje? Gotów „się pogiąć”?</p>
<p>Mój partner szczerzy się wrogo. Trochę go zasmuciły wydarzenia na parkingu. Billy tylko z wyglądu jest ofermą, w rzeczywistości to pedant, nie cierpi bałaganu i rys na karoserii. Aktualnie wini za wszystko szeryfa. Częściowo, jak myślę, ma rację.</p>
<p>- William jest gotów, ale dziś, jak to się mówi, na pół gazu &#8211; oceniam partnera. &#8211; A jutro najprawdopodobniej na full.</p>
<p>- Dziś nie zażądam niczego niemożliwego &#8211; obiecuje glina. &#8211; Przespacerujemy się trochę, zabawimy i możecie odpoczywać.</p>
<p>- „Zabawimy” &#8211; cedzi Billy. &#8211; Co to, za klaunów robimy?</p>
<p>- No nie &#8211; uśmiecha się szeryf, wstając i poprawiając kaburę &#8211; klaunady mieliśmy aż nadto w weekend. Czegoś takiego tu dawno nie było, żeby dwu przyjezdnych wypiło cały bar.</p>
<p>Od. razu zaczyna mnie swędzić nos.</p>
<p>- Nie trzeba &#8211; mówię &#8211; drażnić ludzi jakimiś małostkowymi zaczepkami. Dobra, chodźmy, Billy, pokażemy, do czego jeszcze zdolni są przyjezdni.</p>
<p>- <em>Ze </em>startu stojącego do stu mil w cztery sekundy &#8211; ożywia się mój partner. &#8211; Hej, szeryfie, zakładamy się o dwie dychy, żeby cię pogięło? Tylko zwolnij główną ulicę na rozpędówkę.</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; ryczy glina.</p>
<p>- O, widzisz, Wanja? Skumał.</p>
<p>Szeryf, mamrocąc coś o „kretyńskim stołecznym żargonie”, otwiera przed nami drzwi.</p>
<p>Idziemy przez miasto, witamy się ze znajomymi i nieznajomymi. Miejscowi to trzy i pół tysiąca ludzi, można sądzić, że wszyscy wszystkich znają. A jeśli nawet ktoś zapomniał czyjeś imię, to nie był powód, żeby się nie przywitać.</p>
<p>W naszej wsi panował taki sam obyczaj. Mimo że nie mieliśmy kanalizacji i wodociągu.</p>
<p>Ale za to nasze domy wytrzymałyby zderzenie z czołgiem, nie to, co tutejsze, obok których człowiek się boi zaparkować brykę, żeby rodzina nie została bez dachu nad głową. Co prawda tu jest ciepło. Jednak i tak ciągle się dziwię, jak oni mogą żyć w tej dykcie.</p>
<p>Na szczęście ludzie jako tacy mili. Zwłaszcza jak się ich porówna z megapolistami, którzy mają uśmiechy jakby przyklejone i fałszywe na wskroś. Tu się uśmiechają też często, ale widać, że z potrzeby ducha.</p>
<p>Ja od razu rozpoznaję takie rzeczy.</p>
<p>Domek jest bialutki, bielusieńki, typowe lokum niemłodej i niepijącej lady &#8211; od razu dociera do mnie: tu zmierzamy. Szeryf tylko dotknął dzwonka, a drzwi już otwarte na oścież.</p>
<p>- Dzień dobry, młodzieży! &#8211; cieszy się pulchniutka damulka około pięćdziesiątki, cała w różach. &#8211; Dzień dobry, szeryfie!</p>
<p>- My służbowo, missis Palmer. &#8211; Glina zdejmuje czapkę, przygładza rzadkie włosy.</p>
<p>- Ale najpierw napijecie się zimnej lemoniady!</p>
<p>Samotna paniusia i nie tak zwyczajnie samotna.</p>
<p>Dom jak dom, wewnątrz jeszcze bardziej schludny niż z zewnątrz, ale cały przesączony poczuciem straty. Ktoś odszedł stąd z zamiarem niewracania.</p>
<p>Do diabła, po co ja siebie podkręcam?! To Billy robi w naszej parze za bohatera. To na jego artefakt złożono zapotrzebowanie.</p>
<p>Lemoniada jest naturalna i smaczna.</p>
<p>Rozsiadamy się w salonie, każdy na przydzielonym mu fotelu. Damulka przed nami na kanapie, składa pulchne rączki na kolanach, przygotowuje się do skubania chusteczki.</p>
<p>- Och, mogę popatrzeć?</p>
<p>Billy zdejmuje z szyi łańcuszek.</p>
<p>- Oczywiście, ma’am.</p>
<p>- Nie, nie, proszę pana, ja tylko popatrzę. A więc taki on jest&#8230; Dziękuję.</p>
<p>Mój partner zaciska kamień w ręku. Malutki czarny kamyczek. Czy jest w mieście choć jedna osoba, która o nim nie słyszała? Wątpię. W zasadzie o magicznych niebiańskich kamieniach każdy coś słyszał. To był popularny temat dobre dziesięć lat temu. Teraz trochę ucichło. Pilotowana astronautyka zgasła jak zdmuchnięta świeca, w kosmosie działają wyłącznie automaty. Żywych astronautów jest niewielu, a możliwość spotkania z nosicielem artefaktu podąża ku zeru, nie mówiąc już o szansie na sprawdzenie jego cudownych właściwości. Gdybyśmy hordami szwendali się po podwórkach, to owszem, temat żyłby. A tak&#8230; Iluż ludzi uszczęśliwił Billy? Setkę? Dwie?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-iii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dynks cz.II</title>
		<link>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ii/</link>
		<comments>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:34:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fantastyka.dowolna.com/?p=31</guid>
		<description><![CDATA[- Z pana jest spryciarz, Ivan! Miał pan na pewno tysiące okazji, by przywłaszczyć sobie artefakt. Czyli z jakiegoś powodu pasuje panu, żeby kamień nosił William i żeby wszyscy uważali, że artefakt do niego należy. Więc i ja chcę zajarzyć, gdzie jest pies pogrzebany. Przecież idziemy razem na poważną robotę.
Dopijam kawę i ciskam kubeczek do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>- Z pana jest spryciarz, Ivan! Miał pan na pewno tysiące okazji, by przywłaszczyć sobie artefakt. Czyli z jakiegoś powodu pasuje panu, żeby kamień nosił William i żeby wszyscy uważali, że artefakt do niego należy. Więc i ja chcę zajarzyć, gdzie jest pies pogrzebany. Przecież idziemy razem na poważną robotę.</p>
<p>Dopijam kawę i ciskam kubeczek do kosza. Kosz chrząka.</p>
<p>- Radziłbym panu, mister Gibbson &#8211; tak mówię &#8211; zarżnąć się brzytwą Ockhama. Chyba zaszkodziła panu praca. Nie należy, niech to diabli, wszystkich o wszystko podejrzewać! Prowadzimy uczciwy biznes. I jesteśmy uczciwymi facetami. Owszem, Billy ma dynks, który wykorzystuje nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale po pierwsze, jego istnienie czyni z nas mistrzów w swoim zawodzie, a po drugie, kto tak naprawdę wie, do czego służy dynks&#8230; Pewnie do niczego. Przecież to kamień. Leciał sobie, nikogo nie zaczepiał, wcale nie chciał stuknąć w ten stateczek, on sam się przyplątał. W bazie został oderwany od poszycia, a Billy go wziął. On, ten kamyczek, go przyciągnął. Słyszał pan, że takie dynksy same wybierają sobie właścicieli?</p>
<p>- Nie mogę uwierzyć, że ten „żeby cię pogięło” jest astronautą.</p>
<p>- Billy był moim „prawym taboretem”.</p>
<p>- Że niby kim?</p>
<p>- Drugim pilotem. A ja byłem dowódcą okrętu zwiadu dalekosiężnego. Obu nas zwolniono z przyczyn medycznych. To łatwo sprawdzić. Zresztą pan już przecież sprawdził. Są jeszcze jakieś pytania?</p>
<p>- Nic nie sprawdzałem &#8211; cedzi zrzędliwym tonem szeryf.</p>
<p>- Kumam &#8211; mówię. &#8211; Przepraszam, nie pomyślałem. Oczywiście, krążą o nas legendy, ale my jesteśmy nieszkodliwi. Zwiad dalekosiężny oficjalnie nie istnieje. Ale&#8230; Proszę uważać, że zdradziłem panu tajemnicę państwową. Z czystej sympatii.</p>
<p>- „Żeby cię pogięło!” &#8211; przedrzeźnia szeryf.</p>
<p>Nieźle mu Billy mózg podeptał. W tym momencie odzywa się mój com na maksymalnym priorytecie.</p>
<p>- Hej, Wanja! &#8211; com woła mnie głosem Billy’ ego. &#8211; Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale tu jakieś, przepraszam za język, indywiduum pakuje się do mojej fury.</p>
<p>- Na karnym parkingu? &#8211; dziwi się glina. &#8211; Być nie może.</p>
<p>- No to się rusz i zobacz, żeby cię pogięło!</p>
<p>- Na moim karnym parkingu?!</p>
<p>- Ciągnij diesla! &#8211; radzi mu Billy.</p>
<p>Szeryf podrywa się raźnie i pędzi dokoła budynku, a ja za nim.</p>
<p>- To niemożliwe! &#8211; szeptem drze się stróż prawa. &#8211; A skąd on wie? Macie przecież zdezaktywowany alarm w wozie.</p>
<p>- Dotknął kamyka. Przecież ma z nim działać, więc się powoli podgrzewa.</p>
<p>- A pan, tak nawiasem mówiąc, po co ze mną? &#8211; syczy policjant. &#8211; Z powrotem! Sam sobie poradzę!</p>
<p>- Guzik prawda &#8211; odpowiadam. &#8211; Myśmy alarmy wyłączyli dla was, a nie dla złodziei. Ten głupek przecież gmera w zamku nie kluczem, tylko wytrychem, bo klucz, mam nadzieję, spoczywa w pańskim sejfie.</p>
<p>- Oczywiście, że w sejfie!</p>
<p>- Czyli jak się bryce znudzi, to schwyta włamywacza. I tak, i tak będzie pan musiał mnie wezwać.</p>
<p>- Och, za co ta kara na moją głowę&#8230;</p>
<p>- Proszę nas puścić i po problemie.</p>
<p>- Ciii!</p>
<p>Szeryf przechodzi na krok skradający, wygląda zza węgła, usiłuje coś zobaczyć przez szczelną siatkę ogrodzenia karnego parkingu. Mamroce: „Ach, żeby cię&#8230;”. Bez trudu zdejmuje skraj siatki z narożnego słupa i nurkuje w powstałą dziurę.</p>
<p>W stolicy chyba bym ocipiał z powodu takiej naiwności. Tu zaś wprowadza mnie to w rozczulenie. Wsi spokojna&#8230;</p>
<p>Wśród miejscowych gruchotów jaskrawymi plamami rzucają się w oczy nasze zabaweczki, niebieściutka i czerwoniutka. I jakiś, za przeproszeniem, goryl w policyjnym mundurze usiłuje otworzyć w niebieściutkiej drzwi kierowcy. Szeryf, nieważne, że gruby, skrada się do goryla bezszelestnie i drapieżnie niczym wygłodzony lew. Goryl się poci, przeklina &#8211; otwarcie zamka „te-pięć-evo” zawsze jest udręką, a my przecież mamy wozy nie seryjne, tylko na zamówienie.</p>
<p>Szef tutejszych gliniarzy zatrzymuje się za plecami goryla, myśli i myśli, a potem po prostu serwuje mu potężnego kopa w zadek.</p>
<p>Tamten z dzikim rykiem przykleja się do drzwi. Najprawdopodobniej odruchowo wciska wytrych do oporu w zamek, ponieważ odzywa się antywłam.</p>
<p>Głośny trzask wyładowania elektrycznego. Goryl, wydawszy ni to chrapnięcie, ni to jęk, bezwładnie przywiera do szyby otoczony lekką błękitną mgiełką pola siłowego. Mija sekunda i glina-włamywacz wydaje z siebie całą kaskadę dźwięków. Nie tylko paszczą&#8230;</p>
<p>- Fu-uj&#8230; &#8211; Szeryf zaciska palcami nos.</p>
<p>Gorylowi leje się z portek.</p>
<p>Jego szef obrzuca szybkim spojrzeniem okna posterunku, te wychodzące na tyły budynku. Ludzi w oknach od groma. Tam chichoce Clarissa. A tu szczerzy zęby Billy. Jest zadowolony z naszego antywłamu, lubi demonstrować go publiczności.</p>
<p>- No &#8211; powiadam &#8211; jestem całkowicie usatysfakcjonowany. Mogę złożyć pisemną rezygnację z pretensji. Możemy też obejść się zupełnie bez protokołów. Bo przecież, bydlę, miejscowych nie okrada?</p>
<p>- Okrada &#8211; wzdycha szeryf. &#8211; I to jak. Trafiały do mnie skargi, ale nie wierzyłem.</p>
<p>- No to pański problem. I proszę zawołać ludzi, zaraz wyłączę przechwycenie.</p>
<p>Przychodzi trójka potężnych glin, kryją uśmiechy, starają się wyglądać rzeczowo. Poczuwszy zapach goryla, smutnieją. Po chwili namysłu pakują go do czarnego koronerskiego wora, ładują na wózek i tym sposobem wywożą do odmycia. Szeryf, przybity smutkiem, wlecze się do siebie. Sprawdzam zamek, ponownie aktywuję system i podążam za nieszczęśliwym stróżem prawa. Jako bezgłośny wyrzut sumienia.</p>
<p>- Ach, Marvin, Marvin &#8211; mamrocze szeryf. &#8211; Głupi bydlaku, taką mi świnię podłożyłeś&#8230;</p>
<p>- Jesteśmy jeszcze panu potrzebni? &#8211; pytam świętoszkowatym głosem.</p>
<p>- Brak słów, jak potrzebni, Ivan. Błagam, zostańcie.</p>
<p>Ale numer &#8211; glina, a głos jak u człowieka! Może rzeczywiście przytrafiło im się nieszczęście. Skoro tak i jeśli po dobremu, to należy pomóc.</p>
<p>Znowu com strzela najwyższym priorytetem. Johnson, bez dwóch zdań.</p>
<p>- Ivan, co jest grane? Zrozumiałem, że postanowiliście w tej dziurze zabalować przez wolne, ale dziś jest poniedziałek, nie sądzisz?</p>
<p>Przysiadam na ławeczce przed wejściem, kiwam do szeryfa, że niby zaraz dojdę.</p>
<p>- Żyjemy, szefie, bambetle bez zarzutu &#8211; melduję. &#8211; Ale jest problem. Proszę nas więcej nie wysyłać na prowincję, dobrze?</p>
<p>- Znowu?! &#8211; drze się Johnson.</p>
<p>- To nieumyślne &#8211; mówię. &#8211; W piątek, jak dostarczyliśmy ładunek, postanowiliśmy tu przenocować. I skierowaliśmy się do baru&#8230;</p>
<p>- Pijanice cholerne!</p>
<p>- Szefie, nie doszliśmy do baru. Jechał farmer pick-upem, z koła poszły mu śruby. I nic by się nie stało, bo co nas to w końcu, ale przy wystawie sklepu stały miejscowe dziewczyny. Billy złapał je w objęcia i uskoczył. Dziewczyny zaczęły wrzeszczeć na całe miasto, bo skąd miały wiedzieć, co jest grane, nie? A po sekundzie zza rogu wyjechał ten farmer. I dokładnie w tę wystawę &#8211; dup! Gdyby jechał prosto po ulicy i zboczył, to nikt by nie skumał, że my&#8230; Ale ponieważ on w tę witrynę zza rogu&#8230; Dla wszystkich stało się jasne, że to jakaś ciemna sprawka. Gliny nam się w gardła powczepiały. My, jak wiadomo, twarz-blacha. Tylko, szefie, oni chyba mają tu jakieś kłopoty, więc nas przydusili. Pomyślałem, pomyślałem i wynająłem im się na tydzień. Co prawda mieliśmy szansę na targowanie się, ale na jakieś trzy dni i tak ugrzęźliśmy.</p>
<p>- Nie ugrzęźliście! &#8211; zapewnia mnie Johnson. &#8211; Ja was wyciągnę. Zaraz poszukam Liebermanna i od razu startujemy. Liebermann gliny zmiele na hamburgery. Zaraz, a jakim sposobem was przydusili?</p>
<p>- Przegląd techniczny. Brak zgodności charakterystyk faktycznych z podanymi w dowodach.</p>
<p>- Jasne. Znowu Billy się wygadał.</p>
<p>- Co ma do tego Billy? Maszyny tą niezgodnością biją po oczach. Ostrzegałem. Ludzie ślepi nie są.</p>
<p>- Ale Billy się chwalił?</p>
<p>- Szefie, niech pan posłucha &#8211; mówię do niego. &#8211; Nie o to chodzi. Proszę o pozwolenie na pozostanie tu. Mają, jak mi się wydaje, poważne problemy. Gliny najpierw się stawiały, ale teraz nas proszą. Może zerkniemy, co i jak, co? Może trzeba ludziom pomóc w kłopocie.</p>
<p>- Jak się wpakujecie w te kłopoty &#8211; ryczy Johnson &#8211; to do siebie miejcie pretensje! Mogę podłączyć do was Weilanda.</p>
<p>On tak zawsze, ten nasz Johnson. Bez pauzy między przeklinaniem a przejawem troski. Oszczędza czas.</p>
<p>- A Weiland to przyjaciel?</p>
<p>- Wdzięczny klient.</p>
<p>- Kumam &#8211; przytakuję. &#8211; I chyba kojarzę. To ten gość jak stary kowboj ze starego westernu, tak? &#8211; A usłyszawszy twierdzące chrząknięcie szefa, ciągnę: &#8211; Ten od obrazu Hogartha? Może się przydać, ale nie teraz. Na razie moim zdaniem jest OK.</p>
<p>- No to dlaczego zadziałał system ochronny?</p>
<p>Tfu, do licha! Jeśli powiem prawdę, że miejscowy glina dłubał w zamku, Johnson się zjeży i na pewno przyleci nas ratować. Z Liebermannem wyjętym z pochwy. Z mieczem karzącym policyjną korupcję i bezkarność.</p>
<p>- Dzieciaki się bawiły &#8211; mówię. &#8211; Nikt nie ucierpiał, konflikt zażegnany w zarodku.</p>
<p>- No, no &#8211; Johnson prycha z rozdrażnieniem i rozłącza się bez pożegnania.</p>
<p>Siedzę sobie na ławeczce i marzę. Myślę, jak by było fajnie siedzieć teraz przy sterach swojej maszynki, wyjść na trasę, dociągnąć do kurierskiej i spokojnie walić nad szerokimi pasmami pól, zielonymi lasami, wysokimi górami&#8230; I do domu. I do garażu. I wpaść do baru, i wypić dużo, dużo zimnego piwa. I położyć się spać. Obudzić się odświeżony, wypoczęty, wziąć nowy ładunek i sypnąć przez pół kraju &#8211; najlepiej tam, gdzie jest śnieg, jakoś się stęskniłem za śniegiem!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fantastyka.dowolna.com/dynks-cz-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

