Dynks cz.XI

Author: admin
Category: Fantastyka

Zastanawiałem się minutę.

- Po pierwsze, potrzebny mi do wieczora jeden z waszych miejscowych rezerwowych korytarzy, i to wysoko. Dwa tysiące stóp. Po drugie, strefa lasu w promieniu dwóch mil dokoła ma być dziś zamknięta dla lotów. Niech miejski dyspozytor transportowy się tym zajmie. Po trzecie, proszę spowodować, żeby do lasu nikt nie właził też pieszo…

- Zamknąłem las dla cywili, nawet Sayer tam nie wejdzie bez pozwolenia. Tym możecie się nie przejmować.

- …I w końcu niech nam rzeczywiście ktoś przywiezie tu coś do zszamania.

- Clarissa! – przypomniał sobie Billy i aż podskoczył.

- Ciągnij diesla! – od razu wyszczerzył się szeryf.

- Poruczniku, co pan tak jak pies ogrodnika? Ani sam, ani nam, żeby cię pogięło!

- Porwiesz Clarissę, dogonię i uszy pourywam, jarzysz?

- Najpierw byś musiał dogonić! – roześmiał się mój partner. – Dlaczego wy tu, miejscowi, tak się boicie, że kogoś skusimy urokami miejskiego życia? Może już czujecie, że tu jest kijowo, co? Może już wam czegoś brakuje? Clarissa skończyła akademię w wielkim mieście. Ale wróciła tu, żeby cię pogięło!

Glina podrapał się za uchem i rzucił oschle:

- Rezerwowy korytarz! Lunch. Co jeszcze?

- Jedna załoga patrolowa na wszelki wypadek. Niech siedzi w maszynie, ale bez wezwania niech się nie rusza. Uzgadniamy częstotliwości?

- Piąty przycisk. – Szeryf zgarnął z maski wozu swój com. To ustrojstwo było ciężkie jak cegła, niczym zresztą cała policyjna elektronika. Chyba żeby można było w czerep komuś przyłożyć… Nienadaremnie porucznik tachał go na pasie, a nie jak cywile – na ręku.

- Piąta linia… Gotowe.

- Będę stale nasłuchiwał jednym uchem – obiecał policjant. – Poczekajcie, a buty gumowe? Siatki przeciw moskitom? Repelenty? Czy może wasze kamienie odpędzają też owady? Zapomnieliście, gdzie się pakujecie, szpanerzy z miasta, he, he?

- Nie potrzebujemy – machnąłem ręką. – Jakoś sobie poradzimy własnymi środkami. Proszę wezwać dyspozytora, ja tu swoją „teczkę” będę ściągał.

- Wsiadajcie, pojedziemy.

- Po co? Sama tu przyleci.

Porucznik chciał powiedzieć coś groźnie i wieloznacznie, ale wykrztusił tylko dwa słowa: „wpierniczyli” i „samobójstwo”.

Ale dyspozytora powiadomił.

Kiedy nad miastem pojawiła się moja czerwoniutka, poczułem kłucie w sercu. Tak się za nią stęskniłem!

- Moje serduszko… – zagruchał Billy.

Lockheed Albatros T5 – jedna z najbardziej udanych maszyn, a w sensie dizajnerskim – moim zdaniem – najbardziej udana. Już myślałem, że nikt nie zrobi ładniejszej bryki niż ta zwykła „teczka”, póki nie zobaczyłem modelu T5 Evolution. Mojej radości i mojej dumy!

Większość środków transportu nowego pokolenia ma dizajn nie do końca wyważony. Albo leci sobie po niebie samochodzik, albo samolocik zza węgła się wytacza. Tak chcą klienci. Oni chcą rozpoznawalną markę. Corvetta musi być płaska i trochę kanciasta, mustang bez fałszywego grilla nie jest mustangiem. Volvo – z lekka przylizana cegła, mercedes – opływowa walizka. Jeśli fruwa sobie wesoły dupersznycik – musi Japończyk. A jeśli posuwa coś złowrogiego, żelaznego, przypominającego szturmowiec – na pewniaka made in Russia.

„Teczka” jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, niczego nie naśladuje. To wydłużona kropla z dwoma niewielkimi kilami z tyłu i zgrabniutkimi skrzydełkami z boku. T5 Evo, w odróżnieniu od modelu standardowego, jest nieco bardziej spłaszczona i wygląda na mocniejszą.

- Cudo – powiedział Billy. – Niech pan przyzna, szeryfie, żeby cię pogięło!

Moja purpurowa kropelka, cicho szeleszcząc, opadła, wypuściła podwozie i wylądowała precyzyjnie dziesięć jardów od nas. Z bliska, oczywiście, było widać, że to nie Evo, a raczej Evo do kwadratu. Pewne elementy sekcji napędowej jakby się straszyły. Bezczelnie. I faktura powierzchni biła po oczach. I lekka wypukłość na części siłowej. Kile i skrzydła kazałem jej zostawić, nie wiadomo, może przyda się te kilka sekund czasu.

Żadnych podrasowań nie kryłem zresztą przed Johnsonem i choć to szef, jednak się nie burzył.

- Stylowa maszyna, nie przeczę – przyznał szeryf. – Powiedzcie mi tylko, kto ten… ten gwiazdolot certyfikował na publiczne trasy?

- Nie przekraczamy prędkości! – skręcił na ulubiony temat Billy. – Mandaty by nas zrujnowały, żeby cię pogięło!

- No to jakim cudem dotarliście tu w trzy godziny? Weiland się chwalił.

- No to sobie pomnóż dozwoloną prędkość przez trzy. Kumasz?

- To niemożliwe! – poderwał się policjant. – A strefy przestrojenia? Tam strumień ledwo pełznie!

- A my je tak! – Billy pokazał ręką, jak my je. Przypominało to błyskawiczny ruch węża.

Szeryf poruszył wargami. Poprawił kaburę. Zdjął i nałożył czapkę. Splunął.

Niełatwo było mu znaleźć z nami wspólny język.

Otworzyłem bagażnik i trzepnąłem dłonią w pokrywę sejfu. Ten posłusznie szczęknął ryglami w odpowiedzi. Rozpoznał gospodarza.

- Ale pytam: jak zdobyliście certyfikaty? – nie mógł się uspokoić policjant. – Ja nikomu nie powiem. Po prostu jestem ciekaw.

- Houston, Houston mamy problem – powiedział mój partner.

- Co?

- Tekst kodowy. Pukasz na pewien tajny com i mówisz: „Houston, mamy problem”. I problem się rozwiązuje. Kumasz?

Glina przypomniał sobie, czym się zajmowaliśmy przed służbą kurierską, i zrozumiał, że nie ma żadnych atutów. Nie sądził też, by Billy się z niego naigrawał. I słusznie, bo Billy się nie naigrawał. On w ogóle stara się nie kłamać. Zawsze go za kłamstwa objeżdżam.

- Masz szczęście, że nie poznałeś naszego Johnsona – ni to obiecał, ni to zagroził mój partner.

- Dzięki. Mam dość was dwóch. Przyleciało, jak rozumiem, pozdrowienie od NASA! Jakąś mieszanką żelazka ze spawarką… Aż się boję zapytać, ile machów to robi.

- Wystarczająco dużo – rzekł z naciskiem Billy.

- A wiecie co? – powiedział nagle szeryf. – Jestem co prawda gliną i nienawidzę ulicznych wyścigów, ale jeśli Greg Weiland namówi was na ganianie gdzieś poza miastem, to, tak sądzę, popatrzę na to przez palce. Już znudziło mi się wypisywanie Gregowi mandatów za niebezpieczną jazdę. Niech pospaceruje bez maszyny. W pampersach.

- Słyszysz, Wanja! Skumał!

Wyjrzałem zza klapy bagażnika. Na progu domu stała i przyglądała się naszej „teczce” Vera Sayer.

Zmieniła ubranie. Zamiast bezkształtnej szmaty miała na sobie błękitne jeansy i świecącą bielą bluzkę z kołnierzykiem. Ciemnoblond włosy związała w ogon, a to jej bardzo pasowało.

Tylko ciągle była boso. Wiedziała, że ma ładne stopy i – niech to diabli! – nagle znowu chciała się podobać.

Bezwiednie posłałem jej uśmiech.

- Wanja, nie rób jaj – szepnął Billy. – Babka ma męża, żeby cię pogięło. Aktualnie lekko odbiła jej szajba, zaginęła jej córka, zapomniałeś?

- Znowu chce żyć – rzuciłem przez ramię.

- Chłopcy! – zawołała Vera. – Nie czas na małą przekąskę? Wejdź, Wania, proszę. I panowie też. Przygotowałam lunch.

- Proszę o wybaczenie, ma’am, ale ja muszę na posterunek! – odkrzyknął, podrywając się, szeryf. – Ivan, jesteśmy dogadani, tak? No to powodzenia!

- Nie zapomnij przysłać Clarissy! – krzyknął do niego mój partner. – Pamiętasz, obiecałeś, że przećwiczy nas we wkładaniu i zdejmowaniu gumowych butów?

Glina pozwolił sobie na kpiącą ripostę. Wysunął głowę przez okienko i palnął:

- Przez takich, za przeproszeniem, astronautów nikt nie wierzy, że Ameryka pierwsza wylądowała na Księżycu!

Billy zacisnął pięści. Jego czarne oblicze w mgnieniu oka zrobiło się fioletowe.

W ostatnim ułamku sekundy zdążyłem zakłócić mu dostrojenie. Niewidzialna fala, która miała huknąć szeryfa w łeb niczym młotem, tylko cisnęła nim o fotel i zmusiła do panicznego startu na pełnym gazie.

- Ciągnij diesla! – syknął mój partner.

Jak wielu profesjonalnych astronautów Billy nie znosi ludzi gadających o lądowaniu Amerykanów na Księżycu.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

| |