Dynks cz.X

Author: admin
Category: Fantastyka

Poza przedpokój nie zostaliśmy wpuszczeni.

- Tak? – zapytała missis Sayer.

Wyglądała na czterdzieści lat i nie sprawiała wrażenia kobiety, której zaginęła córka. Raczej kobiety, która od dziesięciu dób trwa w nieprzerwanej histerii.

Była rozczochrana, bosa i odziana w jakieś bezkształtne wory.

Od razu nie przypadliśmy jej do gustu.

- Proszę pokazać mi Sarę – poprosił Billy.

- Co?

Nie wiem, jak szeryf ją ugadywał, ale na nasz widok missis Sayer najwyraźniej straciła chęć współpracy. Sądzę, że w tej chwili skręcałoby ją na widok każdego człowieka zadowolonego z życia.

Mój partner pod spojrzeniem kobiety przygarbił się i schował ręce do kieszeni. Nawet nie przyszło mu do głowy zdjąć z szyi kamień. Tutaj ten numer pod publiczkę mógłby tylko przynieść szkodę.

Dosłownie słyszałem, jak Billy przebiera w umyśle słowa. Jeden nietrafiony zwrot, nawet intonacja mogła sprowokować wybuch missis Sayer. Nieszczęsna tylko czekała, aby wylać na kogoś swoją złość. Miasto pochowało jej córkę i zapomniało, szeryf poszedł szukać w najlepszym przypadku ciała, a tu zaraz potem pojawiliśmy się my, nie miejscowi – możemy oberwać po łbie za wszystkich.

- Missis Sayer, wyjaśniłem pani… – zaczął policjant.

Trzeba było jakoś wleźć klinem w tę sytuację. I to szybko.

Kiwnąłem się, burknąłem: „Och, diabli…”, przewróciłem oczami, po czym ciężko oparłem się o ścianę. Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona. Na mgnienie oka otworzyła się i na tym ją złapałem. Wziąłem na litość.

- Dawaj, Billy – szepnąłem.

Kumpel zrobił krok w kierunku znieruchomiałej missis Sayer, chwycił ją za ręce, położył obie jej dłonie na swoich skroniach.

Za moimi plecami szeryf wycofywał się do wyjścia.

Czas był jak z dobrze przeżutej gumy. Gdzieś w salonie tiknął jeden raz antyczny zegar. Dziadek obecnej pani domu kupił go kiedyś na garażowej wyprzedaży.

A missis Sayer była nieszczęśliwa. Nie podobała jej się rola cienia fartownego męża. I rola posłusznej żony. I rola matki dziwnej dziewczynki. Te trzy postacie utwierdzały ją w przekonaniu, że jest niepełnowartościową osobą. Inne kobiety potrafiły zrealizować się w zawodzie, znaleźć sobie miłych, kochających dom mężów i rosły im normalne dzieci. A Vera Sayer nie miała takiego szczęścia. I nic nie potrafiła zmienić.

Potem odkryła dla siebie furtkę – uwierzyła, że jej córka nie ma odchylenia od normy, a rzadki dar. Na nowo zaprzyjaźniła się z małą. I odtąd było już jej lżej.

Marzyła o wyjeździe do wielkiego miasta. Tam wszystko by się udało.

Dziewczynkę oczywiście zabrałaby ze sobą.

A teraz zabrakło jej nawet dziecka.

- U-u – wymamrotał Billy. – U-uciekamy.

Już stał obok, trzymając mnie pod rękę.

- Źle się pan czuje… Wania? – zapytała Vera Sayer.

W końcu jakaś Amerykanka wymówiła moje imię prawidłowo.

- Dziękuję, ale proszę się nie niepokoić, missis Sayer. Aklimatyzacja. Cały ubiegły tydzień sterczałem w Anchorage. A tu taki upał… Do widzenia, missis Sayer.

Wypadliśmy z domu, zataczając się i sapiąc.

Przy wozie cierpiał szeryf. Z marszu rzygnąłem mu pod nogi – taki przyjacielski gest.

Glina od razu się pozbierał, wskoczył do środka i przyniósł z lodówki butelkę zimnej wody.

- Mamy kontakt? – zapytałem Billy’ego.

- Pij – powiedział mój partner. – Niezły kawał duszy ci wyżarła, żeby ją pogięło. Mamy kontakt, mamy. Szeryfie, mapę!

Przepłukałem usta, napiłem się i cisnąłem pustą butelkę w kwietnik.

Tak naprawdę, to z przyjemnością walnąłbym nią w okna domu Sayerów. I mam w nosie, że ludziom przytrafiło się nieszczęście. Kiedy cię, człowieku, ktoś wyżre aż do podziałki zero, odczuwasz zwierzęcą wręcz złość. Teraz miałem ochotę przynajmniej zgwałcić tę kobietę za to, co sam narobiłem. Taka jakaś dziwna działa logika.

Nikt mnie nie prosił, bym się otworzył przed Verą Sayer i sycił jej postrzępioną duszę swoją energią. Ale w chwili przebicia świadomości zobaczyłem, do jakiego stopnia ta biedna kobieta jest stłamszona i nieszczęśliwa. Zrobiło mi się jej żal aż do bólu i pozwoliłem jej wziąć tyle moich sił, ile potrzebuje.

No to sobie capnęła!

Nie będę zdziwiony, jeśli dziś Verze przyśni się, że jej reaktor marszowy ma przeciek, i w środku nocy ryknie mężowi do ucha: „Dyspozytor, szlag by cię trafił, daj mi pas! Jestem na wymuszonym, niebezpieczeństwo skażenia, kto się nie ukrył, sam sobie winien!!!”.

Ale będzie śmiesznie…

Nad maską wozu pojawiła się mapa.

- Tu. – Billy tknął palcem niemal w sam środek bagna. – W promieniu stu, może stu pięćdziesięciu jardów.

- Żyje? – zapytałem.

- Nie sądzę, ponieważ nie mogłem wziąć namiaru. Wychwyciłem tylko ostatnią zmianę kursu i oszacowałem fizyczne możliwości dziewczynki. Najważniejsze, że gdzie indziej być nie może. Albo jest tu, albo ja nic nie rozumiem. Nie mogła przecież zapaść się pod ziemię prosto do Afryki, żeby ją pogięło!

- Clarisso? – Porucznik wsadził nos w com. – Uruchom ratownika! Podaję namiary…

- A ja pójdę – powiedziałem – poobejmuję się z tą młodą jabłonką.

- Z gruszą – poprawił mnie Billy.

- Pieprzony pedant – rzuciłem i poszedłem obejmować drzewko, starając się nie myśleć o tym, co z niego zostanie po tych czułościach.

Zresztą to przecież była tylko grusza. Albo jabłoń.

W głowie wszystko mi się mieszało. Nigdy z żadnym człowiekiem nie byłem mentalnie tak blisko jak z Verą Sayer. A w jej wnętrzu kłębił się potężny wir emocji. Zawsze. Namiętna istota, która zasuszyła siebie w darze mężowi. Tak wychowali ją rodzice. Więc od dziecka łamała siebie dla wygody innych. Jej własna córka miała dla niej za to tyle samo litości, co pogardy.

- Myśmy dwukrotnie zbadali ten sektor – zauważył szeryf.

- A co to mnie, żeby cię pogięło?!

Vera miała trzydzieści osiem lat. Dużo czytała. Zastanawiała się, czy nie zmienić zawodu. Słaby był z niej badacz, ale zręczny programista. Nieźle prowadziła. Gotowała średnio. Miała jednak znakomitą młodzieńczą figurę. Tfu!

- Nad bagnem kotłują się opary, ale nie powinny aż tak zniekształcać… – mamrotał porucznik. – Namierzylibyśmy ciało wizualnie.

- Jakie ciało?! Przecież ganialiście nad samą powierzchnią, dupki wołowe, i wszystko przemłóciliście wydechem! Po dziewczynce pewnie tylko tenisówki zostały, żeby cię pogięło!

- Ale skanery…

- Nóżkami trzeba było, drepu-drep! Na brzuchu pełzać! Kumasz?!

Nad nami coś zaszeleściło, w stronę lasu pomknęły dwie maszyny. Prowadził patrolowiec, za nim duża otwarta platforma ratownicza.

Ja tymczasem siedziałem na trawie oparty plecami o pień drzewa, pompowałem zeń energię i marzyłem o tym, by ratownikom się powiodło. Wtedy można będzie dać stąd dyla i zapomnieć o wszystkim. Niech wyciągną z tego lasu Sarę, możliwie żywą, i pojedziemy sobie. I będę miał w nosie, kto się kryje w bagnie.

- Wanja, dychasz? – zapytał Billy, stając nade mną i podając mi butelkę. – Masz, wypij jeszcze wody.

- Dycham – powiedziałem, przysysając się do szyjki.

- Po coś jej pozwolił?

- Vera jest cholernie nieszczęśliwa.

- Jaka Vera? – zdziwił się mój niedomyślny partner. – A, ta! No tak, teraz pewnie ją znasz jak siebie samego.

- Lepiej niż ty Sarę. Zresztą Sarę też znam. Ciekawa dziewczynka. Ma wrodzony dar, znacznie potężniejszy od naszych nabytych.

- No jak z tą Verą? – puścił do mnie oko Billy. – Przyjmuje gości pod nieobecność męża? Daje im… Wiedzę? Przecież męża już od dawna ma powyżej uszu. Nic osobistego, to tylko bałwan co się zowie, żeby go pogięło.

- Może to i niezły gość. – Wyciągnąłem rękę, kumpel pomógł mi wstać. – Po prostu rodzina jest na drugim miejscu, po pracy.

- No to jak z tą Verą? – powtórzył Billy.

- Odczep się, co?

- Zazdrość – stwierdził. – Zazdrościsz farmerom z czerwonymi szyjami, którzy łapią ją spracowanymi łapami za delikatną pupkę i pakują aż po migdały…

- Ciągnij diesla!!!

- Chodź no, Wanja, ustabilizuję cię – powiedział Billy. – Chodź tu, żeby cię pogięło, póki jeszcze nie zwariowałeś.

Podszedłem do mojego kumpla, a on mnie objął. Z boku musiało to wyglądać komicznie, a nawet nieobyczajnie. Dobrze, że przed szeryfem kryły nas w tej chwili gęste zarośla wyhodowane tu przez Sarę.

- Ale twarz ta paniusia ma robioną – nie wytrzymał Billy. Zawsze musiał zepsuć!

- Tylko koniuszek nosa i trochę kości policzkowe…

- Nie rób tak nigdy więcej, Wanja. Nigdy się nie otwieraj. Za dobry jesteś. Nie możesz współczuć ludziom, którym przytrafiło się nieszczęście.

- No to komu mogę współczuć? – zdziwiłem się.

- Mi – zaproponował mój partner zupełnie serio. – No, jak się czujesz? Mózg na swoim miejscu?

Odkleiłem się od Billy’ego, podreptałem w miejscu, pokręciłem głową.

- Dzięki. Jak nowy. Mógłbym w tej chwili na trasę. Jesteś geniuszem.

- Jestem ostrożny. Za nic nie dałbym się podładować babie będącej w przedłużonej histerii. Nawet podładować, żeby cię pogięło! A ty się cały otworzyłeś! Nie rozumiem. Słuchaj, Wanja, ty się może w niej zakochałeś? Od pierwszego wejrzenia? Po cholerę ci to?

- …A z tymi farmerami to pudło, ona tylko czasem sobie to wyobraża – palnąłem.

- Wiem – prychnął mój partner. – Komu ty to wyjaśniasz, żeby cię pogięło!

Zza krzewów dobiegły nas głośne przekleństwa. Szeryf trzymał łączność z ratownikami.

- Zaraz nas zawoła. – Billy spuścił nos na kwintę.

- Hej, wy tam dwaj! – ryknął glina.

- Ty będziesz z nim rozmawiał – poprosił mnie kumpel.

Ramię w ramię przebiliśmy się przez krzaki i stanęliśmy przed szeryfem.

Ten nabrał w płuca dużo powietrza, zamierzając nas opieprzyć, ale przyjrzawszy się, tylko westchnął.

Staliśmy z kamiennymi twarzami, pierś do przodu, ręce po szwach. Tak jak staliśmy niegdyś przed komisją dyscyplinarną – mieliśmy taki pieprzony epizod w życiorysie. Przed Johnsonem też, zdarzało się, stawaliśmy na baczność jak mur. I admirał o nasze milczenie pozdzierał sobie struny głosowe.

Co prawda wtedy ramię w ramię stało sześciu, cała załoga…

Nie ma sensu na nas krzyczeć. Znamy się na swojej robocie. Jeśli na czymś się skuliśmy, to musiał to być wynik czyjegoś błędu albo fałszywych danych. Mogło też być źle postawione zadanie lub misja – z definicji – przekraczała nasze możliwości.

Szeryf zdjął czapkę, oparł się tyłkiem o wóz i powiedział cicho:

- Ni cholery tam nie ma.

Podszedłem, oparłem się o furę obok niego.

- Macie przynajmniej wyobrażenie, jak mnie rąbią? – ponuro zapytał glina. – Od dziesięciu dób cały okręg wrze. Nie ma dziewczynki. Wyparowała. A kto winien? Gibbson oczywiście. Wiejski dupek. Przegapił, nie upilnował. Dlaczego, jak myślicie, burmistrz nie wraca z urlopu? Czeka, bydlę, jak się sprawa zakończy…

Policjant był w fatalnym stanie. Już mu donieśli, że po wczorajszym „seansie magii” wdowa Kramer znalazła swoje soczewki kontaktowe, Abe naprawił swój wymizerowany komputer, Molly w końcu wychodzi za mąż, a stary Jack dobrze opylił swoje akcje. I pułkownik, pobrzękując medalami, z jakiegoś powodu wybrał się do Waszyngtonu.

Dzięki komu? To szeryf pierwszy uwierzył w Billy ego, bez dowodów.

Ale Billy zawiódł. Właśnie jego.

- A co pan ma na łańcuszku, Ivan? – zapytał glina, żeby tylko zapytać. Nie bardzo go to interesowało.

Wyjąłem spod kołnierzyka ostrą kamienną drzazgę oprawioną w srebro.

- Też leciał sobie i wbił się w statek?

- Nie. To odłamek dużego meteorytu, który rozwalił nasz okręt flagowy. Obrona nie dała rady. Straciliśmy dziesięciu ludzi, wtedy też zginął admirał.

- Współczuję – niezbyt szczerze burknął szeryf. – A jakie ma możliwości pański odłamek?

- Nazywam go Kamieniem Szczerości. Deszyfruje emocje. Opowiada o ludziach prawdę. Czasem taką, jakiej ludzie sami o sobie nie znają.

- Niech opowie panu, jak nienawidzę Sary Sayer – zaproponował policjant. – Szczerze.

Obok nas przemknęła i poleciała w stronę miasta maszyna patrolowa. Za nią kuśtykała platforma ratownicza. Jakiś typ przechylił się przez burtę, wyciągnął rękę w naszą stronę i pokazał wyprostowany środkowy palec.

Szeryf odprowadził ratowników ponurym spojrzeniem.

- I tak mam co dzień… – jęknął. – To co, ruszamy coś przekąsić? Akurat czas na lunch. Może nam się trochę humor poprawi.

Billy potrząsnął głową jak wychodzący z wody pies.

- Nie chcę przekąski! – oświadczył. – Wszyscy tam mnie będą wytykali palcami.

- Środkowymi – dodałem. – Lepiej popracujemy trochę. Niewielka wyprawa do lasu. Na własne oczy ocenimy co i jak.

- Jesteś w formie, Wanja?

- A ty?

- Dowodzisz.

Policjant ożywił się nieco. Widać nie sądził, że jeszcze cokolwiek zrobimy.

- Wsparcie?… – zapytał z gotowością. – Zamawiajcie. Policji jeszcze środkowych palców nie pokazują. Chociaż niedługo zaczną. Ale co damy radę, zabezpieczymy.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

Wyniki tenisa | Biżuteria ślubna | ogrody