Dynks cz.VIII

Author: admin
Category: Fantastyka

Schodzimy, ziewając, z piętra, a w salonie siedzi sobie szeryf. Popija babciną kawę.

- A gdzie Clarissa? – pyta go Billy.

Zaskoczony glina dławi się kawą, wylewa sobie na spodnie, kaszle i wytrzeszcza oczy.

Babcia wali go otwartą dłonią w plecy.

- Dziękuję, ma’am… – chrypi szeryf. Łapie serwetkę, usiłuje nią zetrzeć kawę ze spodni. Grzecznie mamrocę „dzień dobry” i przysiadam się do jajecznicy z bekonem.

- Jeśli ta informacja jest panu, drogi Williamie, niezbędna do życia – mówi nasz glina, nieprzyjaźnie patrząc na Billy ego – to melduję: Clarissa jest w biurze, pracuje nad dokumentacją. Czym się będzie zajmowała potem, nie wiem. Co jadła na śniadanie, nie wiem. Jakiego koloru nosi figi, nie wiem. Z kim ma aktualnie romans, też nie wiem. Są pytania?

- Nie ma aktualnie romansu – wyjaśnia babcia Hurt. – Dziewczyna postanowiła wziąć time-out.

Policjant patrzy na nią z rozdrażnieniem, a Billy zadowolony zaciera łapy. I od razu chwyta talerz z jajecznicą, żeby nikt sobie czegoś nie pomyślał.

Ale wszyscy myślą właśnie to.

- Szeryfie – odzywam się, żeby zakończyć drażliwy temat. – Mogę zadać panu intymne pytanie?

- Nie zauważyłem, żeby miał pan jakieś inne.

- Gdyby tak zwrócił się do pana Greg Weiland, z tych Weilandów, i poprosił o zwolnienie z aresztu pary maszyn. Co by pan zrobił?

- Potrzebujecie maszyn?

Nasz szeryf grzebie w kieszeni i wykłada na stół kluczyki. W zasadzie nie potrzebujemy ich, żeby zabrać maszyny. Kluczyki możemy rozdawać glinom choćby i na całej trasie. Tyle że potem lepiej jednak jest zmienić kod dostępu. Kluczyki to taki tam sympatyczny rudyment, danina składana tradycji. Oznaka władzy nad techniką.

- Tyle na temat zaufania między ludźmi dobrej woli, kumasz? – zwraca się szeryf do Billy’ego.

- Odpowiedz Wanji! – mówi mój partner: – Żeby cię pogięło.

- Dobrze, odpowiem. Zaproponowałbym huncwotowi Gregowi, żeby pociągnął diesla. A o co chodzi?

Do drzwi ktoś dzwoni. Babcia, wzruszywszy zdziwiona ramionami, idzie otworzyć.

- O to – wyjaśnia Billy, przeżuwając – że wczora z wieczora ten obibok proponował nam odbiór maszyn z twojego parkingu. Bo, widzisz, nie miał z kim się ścigać, żeby go pogięło.

- I proponował bardzo przekonująco – dodaję.

- Nie znoszę korupcji żadnego rodzaju – oznajmia twardo mój kumpel – a policyjnej korupcji zwłaszcza. Bo jeśli nie można ufać glinom, to komu w ogóle można, żeby cię pogięło?!

Szeryf siedzi załamany, jakby jego miłość własną ktoś zanurzył w bagnie.

A do salonu wchodzi stary Weiland. Brzęcząc ostrogami i niedbale wymachując pięciogalonowym kapeluszem.

- Dzień dobry, szeryfie – mówi. – Dzień dobry, panowie. Williamie! Ivanie!

Ręka starego jest sucha i mocna. Jak i cała reszta Weilanda.

Babcia nalewa mu kawy, on z przyjemnością pije. I od razu byka za rogi:

- Williamie, słyszałem, że pan tu prowadzi, figuralnie się wyrażając, prywatną praktykę. Czyli mogę prosić o przysługę, co?

- To nie problem, sir.

W odróżnieniu od Grega ten Weiland przypadł Billy’emu do gustu. I mnie też. Jest coś sympatycznego w wielkim finansiście, który pewnego dnia przekazuje cały biznes starszemu z synów, a sam wraca na rancho, z którego pochodzi. I ciesząc się życiem, hoduje bydło.

Gdyby jeszcze wciągnął do interesu młodszego syna albo przynajmniej rżnął mu tyłek raz w tygodniu swoim ciężkim pasem – skarbem bym go nazwał, tego Weilanda!

- Poczekam na ulicy. – Szeryf tymczasem wstaje.

- Ależ co pan, Gibbson?! – uśmiecha się Weiland. – Żadnych sekretów. Proszę zostać, to może być dla pana ciekawe. To właściwie, hm… Pewne dziwactwo niemłodego kolekcjonera. Chłopcy, to dotyczy tego Hogartha, coście mi go przywieźli.

- Świetny Hogarth – potwierdzam. – Niemal jak prawdziwy.

Teraz przyszła kolej na starego, żeby się zadławić kawą, ale on wcześniej odstawił filiżankę na stół.

- Przepraszam?…

- Nie, nie, sir. Ja aż tak się na malarstwie nie znam. Chciałem powiedzieć, że pański Hogarth sprawia wrażenie autentyku. Naprawdę jest cholernie dobry. Aż zazdroszczę.

- Musi pan ciężej pracować, Ivan – radzi Weiland. – Wtedy na starość będzie pan mógł sobie pozwolić na taki obrazek nad łóżkiem.

- Harujemy jak dwa centaury – zapewnia go Billy, odsuwając pusty talerz i zdejmując kamień z szyi. – Kiedy się wzbogacimy, ja powieszę nad swoim łóżkiem „Czarny kwadrat”, a Wanja „Biały”.

Stary kowboj rechoce zadowolony. Szeryf drapie się po czubku głowy.

- No to jak z tym Hogarthem? – pyta Billy, rytualnie kołysząc łańcuszkiem.

- No właśnie patrzę na niego, czwarty dzień się gapię i usiłuję zrozumieć, gdzie zostałem wykiwany. Że to nie jest kopia, nawet autorska, jestem pewny. Mojego agenta nie tak łatwo wykiwać. Czyli rzecz w kwocie. Możecie to wyjaśnić? Przynajmniej rząd cyfr?

- Dawno pan pracuje z tym agentem, sir?

- Dobre dziesięć lat. Proszę, oto on. – Weiland patrzy Billy’emu w oczy.

Billy kiwa łańcuszkiem.

- A dokładniej? I nie tak ostro, proszę się nie natężać.

Były finansista zamyka oczy.

- Hy! – Mój partner dziwnie hymka. – Hy! Hy-hy-hy!

- Co to znaczy? – dziwi się Weiland, otwierając jedno oko.

- Ale jaja! Nie, no sir, proszę nie zwracać uwagi, wszystko w porządku. Tak więc mogę zameldować… Hogarth jest autentyczny. To znaczy i agent, i sprzedający są przekonani o jego autentyczności. Ale cenę dla pana zawyżyli… Tak, tak… Gdzieś w granicach stu tysięcy. Współczuję, zwłaszcza że pomysł wyszedł od agenta.

- S-sukin-s-syn! – syczy stary.

- Nadwyżką podzielili się ze sprzedającym. Hy! Przepraszam, sir, po prostu pański agent jest teraz na kobicie. A większość ludzi, nawiasem mówiąc, dopiero zaczyna dzień roboczy! Chce pan, żebym w ramach zemsty popsuł mu całą miłość?

- Pewnie, że bym chciał! Żeby mu tak wszystko uschło! A uda się?

- Samo opadnie. Rozumie pan, sir, żeby kamień sczytał z kogoś taką informację jak cyfry i imiona, człowiek musi ją sobie przypomnieć. Kamień popchnął pańskiego agenta w odpowiednim kierunku i ten zaczął wspominać, wspominać…Teraz już wspomina sam z siebie, nie może się powstrzymać. I zżerają go nerwy, bo ma nieczyste sumienie. Boi się pana. Denerwuje się. Boi się… Koniec, opadło! Opa-ad-ło! Hy-hy-hy! Ciągnij diesla, aferzysto nieszczęsny!

Zaczyna się rżenie. Weiland i Billy są szczęśliwi jak dzieci.

Tylko szeryf z niewiadomego powodu denerwuje się i czegoś lęka.

- Dobrze mu tak! – wrzeszczy zadowolony rancher, trącając mojego partnera kułakiem.

- Żaden problem, żeby cię pogięło!

- Dobrze. – Weiland się uspokaja. – Co za ulga! Nie znoszę takich niejasnych sytuacji. Williamie, poproszę o pański com. Sumę poda pan sam.

- Wykluczone, sir. – Billy macha dłonią. – Już pana i tak skubnęli. A poza tym jest pan naszym klientem.

- Jak chcecie – zgadza się stary. Czuję, że takiej właśnie odpowiedzi oczekiwał. – Jestem pańskim dłużnikiem.

- Jeśli można, intymne pytanie, sir? – wtrącam.

Weiland unosi brwi.

- Ivan innych pytań nie zadaje – wyjaśnia szeryf.

- Jak mniemam, Greg lubi uliczne wyścigi?

- Mój Greg? O, do diaska! Czepiał się i was o to?! – Kowboj krzywi gębę, jakby go rozbolał żołądek. Rzeczywiście jest mu wstyd. – Znalazł sobie rywali, idiota! Proszę mi wybaczyć, Ivan, to moja wina. Rozpuściłem chłopaka. A przyhamować nie wystarcza mi siły, sam w młodości lubiłem szybką jazdę… Mam teraz przynajmniej co wspominać! Powiem mu. Już się do was nawet nie zbliży. Zresztą sam by się nie ośmielił, gdyby wiedział, kim jesteście!

- Chciałem tylko pana uprzedzić, sir, że mnie i Bill’ego niemal nie da się namówić do wyścigów. Ale jeśli już, to nie pojedziemy za pieniądze. Gotów jest pan podarować Gregowi nową corvettę?

Weiland mruży oczy. Stary lubi hazard. Ciągle jeszcze lubi.

- Podaruję mu opakowanie pampersów! – śmieje się. – A tak serio: możecie postawić T5 Evo przeciwko corvetcie? Na trasie czasem dzieją się dziwne rzeczy.

- Nie takie, żeby corvetta mnie zjadła.

- Wanja! Wanja! – prosi Billy.

W drzwiach do kuchni stoi babcia Hurt i z wyrzutem kręci głową.

- Corvetta Grega nie jest taka całkiem zwyczajna – zauważa Weiland.

- Evo Ivana też nie – włącza się do dyskusji szeryf. – To jest bestia, której w ogóle nie wolno wypuszczać na publiczne trasy. Stop! Dżentelmeni, wyłączcie silniki! Bo wszystkich zapędzę na karny parking. A tam możecie sobie mierzyć wyloty do upadłego.

- A propos karnego parkingu, jak się czuje Marvin? – złośliwie pyta stary kowboj.

Nie minęła doba, a wszyscy wiedzą wszystko. Serio, co byście nie powiedzieli – wieś to fajna rzecz. Szczególnie jeśli ma wygląd przytulnego amerykańskiego miasteczka z kanalizacją i wodociągami. Rosjan zawsze przyciągał ten styl, częściowo nawet kopiują go teraz, ale Ameryka jednak szlifuje go od czterech wieków.

- Marvin będzie żyć, ale bez munduru – mówi szeryf. – I pojedzie sobie stąd daleko. Popatrzy na świat.

- I zgadza się?

- Pakuje manele i płacze.

- Zuch Gibbson! – Weiland kiwa głową z zadowoleniem. – Do czarta z Marvinem, nie potrzebujemy tu takich. Jestem pewien, że burmistrz zaaprobuje tę decyzję, kiedy wróci z urlopu. Napomknę mu o tym. Dobra, panowie, dziękuję za wesoły poranek, jadę do siebie. Pukajcie na com, jakby co. Wspaniała kawa, missis Hurt.

Znowu brzęczą ostrogi.

- Czy on naprawdę jeździ na koniu? – pytam, kiedy za starym zamykają się drzwi. – Czy to tylko kostium: jeszcze jeden kaprys niemłodego kolekcjonera?

- Proszę wyjrzeć przez okno – proponuje glina.

Rzucamy się z Billym do okna i widzimy, jak na gniadym rumaku odjeżdża w dal samotny rewolwerowiec, co to najlepsze strzały ma za sobą.

- Mocny facet – kiwa głową mój partner. – Nigdy wcześniej nie widziałem człowieka, któremu wszystko na tym świecie aż tak zwisa.

Sądzę, że można by zaproponować jeszcze kilka kandydatur, ale rozumiem – Billy ma rację. Taki na przykład Johnson. Zawsze w środku był wolnym człowiekiem i naramienniki mu nie przeszkadzały, ale wystarczyło, żeby facet zajął się tłuczeniem kapuchy – koniec, jakby go ktoś podmienił. Albo nasz admirał! Całkowicie poważnie proponował zbombardowanie obcej bazy na Callisto, motywując to tym, że skoro w jej istnienie i tak nikt nie wierzy, to po kiego ma tam sterczeć. Ale czy on kiedyś był wolny w swoim wyborze? Zawsze skuwała mu ręce i nogi odpowiedzialność za załogi i okręty floty.

Weiland na tle tych bezdyskusyjnych bohaterów wygląda na cholernie niezawisłego.

Tymczasem szeryf odpina z pasa com, rozciąga na stole elastyczną klawiaturę, jeździ po niej palcem. Nad blatem zawisa mapa okolicy.

- Missis Hurt wszystko wam wyłożyła – mówi policjant niezbyt głośno. – Ja podaję szczegóły. Ale najpierw: co wy na to?

- Nic. – Billy bierze ze stołu pojemnik i usiłuje wytrząsnąć z niego ostatnie krople do swojej filiżanki.

- Chwileczkę, Williamie! – rozlega się z kuchni.

- Dziękuję, ma’am. Nic nie powiem, szeryfie. Sara poszła do lasu i nie wyszła z niego. Jest tam i teraz i sądzę, że zginęła. To wszystko.

- Dobrze, że przynajmniej potwierdzacie oficjalną wersję. Już mi lżej na duszy. A sprecyzować?

- Tylko jeśli przepytamy bliskiego krewnego dziewczynki. Najlepiej matkę. Ale to przecież najczystszej wody sadyzm, żeby cię pogięło!

- Jak wykazuje doświadczenie, rodzice są gotowi na wszystko, byle wiedzieć, co się stało dziecku. Sayerowie są przekonani, że dziewczynka żyje. To jedyni ludzie w mieście, którzy milczenie bransolety interpretują dokładnie odwrotnie.

- Ciekawe – mówię. – No to dlaczego do tej pory jeszcze ich tu nie ma?

- Ojciec Sary jest dość znanym uczonym. Fizykiem. Słysząc o Wszystkowidzącym Kamieniu, tylko zaklął. No, można go zrozumieć. Tydzień łaził po lesie, latał nad bagnem, utopił tam maszynę, ledwo ją wyciągnęliśmy. Jest wykończony. Teraz pojechał po jakiś superdetektor, który jest czulszy od naszych skanerów. Sądzi, że Sara leży gdzieś w lesie na poły żywa, ze złamaną nogą.

- I złamaną bransoletką?

- Tak właśnie powiedział: wszystko się kiedyś psuje.

- A ja mam gdzieś! – agresywnie rzuca Billy.

- O czym pan mówi?

- Mam gdzieś, że on nie wierzy w kamień, że nie wierzy we mnie. Dziewczynka poszła na północ i zaginęła. Nie widzę jej i nie słyszę, ani żywej, ani martwej. Tak nie powinno być. Mnie się to nie podoba, żeby cię pogięło. Dawaj mapę w większej skali, szeryfie. I opowiadaj o bagnie.

Glina posłusznie zoomuje obraz.

- Miejscowi już zapomnieli – tłumaczy – a jeszcze pół wieku temu w tej strefie był wydobywany torf. Dlatego topiel nie jest jednorodna. Jest tam kupa zabagnionych dziur różnej głębokości i stosunkowo suche placki między nimi. Widzicie to? Cała wyspa! Na niej są ruiny, to był obóz kopaczy torfu. Nic szczególnego, kupa zgniłych bali.

- Penetrowaliście?

- Ratownicy sprawdzili ruiny bardzo starannie – uchylił się od odpowiedzi policjant.

- Pytam, czy ktoś tam był osobiście?

- Zjechał jeden ratownik, obejrzał bale, nic nie znalazł. W sumie z tak szczegółową mapą, jaką otrzymaliśmy w wyniku poszukiwań, to ja bym nawet zaryzykował przejście przez bagno piechotą na drugą stronę. Tylko nie ma to żadnego sensu, skorośmy nie znaleźli dziewczynki z powietrza. Pchnąć wam mapę?

- Dawaj, przyda się. – Billy przysuwa swój com, ja też.

- Od razu ostrzegam, że brałem ze sobą na poszukiwania dziecięcą bransoletkę – ciągnie szeryf. – Działała bez zakłóceń. Co do pola elektromagnetycznego, to bagno jest martwe. Nie odnotowaliśmy też zwierząt większych od szczura wodnego.

- Ale i tak jakieś gówno tam siedzi – mówi mój partner. – Dobra, poznasz nas z mamą Sary?

- A co mi innego zostało? – wzdycha glina. – Będę musiał. To na mnie wisi dziecko zaginione bez wieści. Słowo honoru, już lepszy byłby trup!

Dom Sayerów stoi na uboczu. To długi przysadzisty budynek, połowa dachu jest gęsto porośnięta antenami, drugą połowę zajmuje parking z bojkami nocnego cumowania. Aktualnie pusty.

Dokoła bujnie kwitną różne duperele, posadzone na pierwszy rzut oka w chaotycznym bezładzie.

- Poczekajcie na razie w wozie – mówi szeryf i ginie w zaroślach.

Billy nieruchomo patrzy na północ: półtorej mili otwartej przestrzeni, a dalej ten osławiony las.

- Coś cię gniecie? – pytam. – Mnie jakby coś swędziało.

- Tam to jest – cedzi mój partner przez zęby.

- Pewnie kąsać będzie! – rzucam chwacko.

- Potrzebujemy luf – Billy na to. – Zastrzelę to gówno, żeby je pogięło.

- Dobry pomysł. Wytrząśniemy z szeryfa?

- A co on nam da? Parę gładkolufówek? Swoje weźmiemy.

- Zgłupiałeś? Ależ my… Ależ on… A żeby cię! – na chwilę tracę dar mowy.

- Ze śrutówką w bagno nie polezę – mówi mój kumpel.

Jak już Billy odmawia, to odmawia, że proszę siadać. Śmiało można iść poszukać sobie diesla.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

zwariowane czapki | |