Dynks cz.VII

Author: admin
Category: Fantastyka

Nie, nie pałałem żądzą pozostania tu na długo. Mam nieco inne priorytety, a starość w ogóle zamierzam powitać w ojczyźnie. Nawet gdyby weszła tu Clarissa i powiedziała: „Ivan, jestem twoja na wieki!” – musiałaby się pogodzić z moim wyborem. Ale… Dziś było mi tu ciepło. W żadnym megapolisie nie znajdziesz takiej niefałszywej kompanii. W megapolisach każdy żyje dla siebie, czyli w każdej sekundzie może pokazać kły.

- A tobie co zginęło, maleńka?

Jakbym się ocknął. Billy siedział w kucki przed maleńką Roads i uśmiechał się do niej najlepszym ze swoich firmowych uśmiechów.

Dziewczynka miała jakieś siedem lat i bała się. W jej duszy osiadł głęboki infernalny lęk. Narzucony lęk. A wszystko przez przyjaciela, z którym mała była bardzo zżyta. Ten przyjaciel nagle zginął fatalnie i zdążył przerzucić na nią fantom śmiertelnego przerażenia.

- Zaginął nasz pies – odpowiedział za córkę czerwonolicy tata Roads. – Jej pupil. Wszędzie go ze sobą brała jak najukochańszą zabawkę. Stary pies, irlandzki terier. Tak się też wabił: Terry. Wybraliśmy się na piknik i Terry zwiał do lasu. Był już ślepawy, pewnie po prostu się zgubił i umarł.

- A co wy tam macie? – zapytał Billy, patrząc ponad głowami.

Dodam: patrząc dokładnie na północ. Poczułem, że teraz, po raz pierwszy tego wieczora, Billy działa naprawdę.

- Tak, to było dokładnie tam – przytaknął tata Roads i zaczął dziwnie często mrugać. – To północny las, do niego się nie chodzi. To znaczy, źle się wyraziłem, nawet bardzo się chodzi, i na grzyby, i na pikniki miejsce wspaniałe. Ale tylko z brzegu. Jeśli się ktoś zagłębi, to mniej więcej milę dalej las rzednie, a zaczynają się bagna. Tam kiedyś był kopany torf, potem zaniechano tego. Nikomu się nie chciało bagien osuszać, bo i niby po co.

- Pokażcie mi Terry’ ego – powiedział Billy.

Łańcuszek zwisający z jego garści znowu się rozkołysał. Tam i z powrotem. Wiecznie się tak kiwa. Słabiutka motoryka. Myślałby ktoś, że ręka jest nieruchoma, ale tak naprawdę to ona się ciut-ciut porusza.

- Aha-a… – mruknął mój partner. – Malutka, a teraz ty. Proszę cię, żebyś sobie przypomniała Terry’ego. Zamknij oczka i przypomnij go sobie.

Potrzebował dużo czasu, znacznie więcej niż zazwyczaj. Jak należało oczekiwać, po pół minucie dziewczynka się rozpłakała.

- Przepraszam – powiedział Billy. – Słowo honoru, bardzo żałuję, ale nie ma innej metody.

- To nic – skłamał tata Roads.

W rzeczywistości już żałował, że tu przyszedł. I wahał się między chęcią odprowadzenia rodziny do domu a kuszącą ochotą przylutowania mojemu partnerowi w oko.

Córka Roadsa siedziała na kolanach mamy, przycisnąwszy policzek do jej piersi. Płakała cichutko i żałośnie. Bardzo po dorosłemu.

- Posłuchaj, kochanie. – Billy pochylił się do dziewczynki. – Myślę, że już się domyśliłaś, że Terry umarł. Ale chcę ci powiedzieć, że umarł lekko i promieniście. Po prostu położył się pod drzewem i zasnął. I nie obudził się. Przecież był już bardzo stary. I umarł ze starości.

Mała wolno odwróciła do niemu mokrą twarzyczkę.

- Naprawdę? – zapytała.

- Naprawdę – skinął głową Billy.

- Słowo honoru?

- Słowo honoru.

- A czy my go znajdziemy? Terry’ego trzeba pochować.

- Sądzę, że to się nie uda, bączku. Mój kamień nie może podpowiedzieć, gdzie dokładnie zasnął Terry. On mi tylko podpowiedział, co się stało i jak to się stało.

Dziewczynka westchnęła i znowu ukryła twarz na piersi mamy.

- Przepraszam – powtórzył Billy.

Na tatę Roadsa starał się nie patrzeć.

W tym momencie ulicę zalał charakterystyczny niski warkot, a pod same drzwi podjechało coś potężnego, przy tym wcale nietaniego.

- Czyżby młody Weiland? – zdziwiła się babcia i poszła otworzyć.

Do drzwi już ktoś dzwonił. Mój partner z wyraźną ulgą usiadł wygodnie i wyprostował ramiona.

- Tylko bez ekscesów – poprosiłem.

- Ale on łaknie kłopotów! – oświadczył Billy. – Młody, bogaty, pijany i w corvetcie. Czego może szukać poza kłopotami na swoją dupę? Przepraszam panie, wyrwało mi się.

- Wszystko się zgadza, Williamie. Bardzo trafna charakterystyka – powiedziała wdowa Kramer.

- Tak jest – skinął głową pułkownik.

I nawet papa Roads burknął coś twierdzącego.

- No, gdzie ten nasz jasnowidz? – doleciało nas od progu.

- Jedź lepiej do domu, chłopcze – odpowiedziała babcia.

- A może potrzebuję pomocy? Przecież nie odmówi pomocy człowiekowi!

- Potrzebujesz nie pomocy, a dwu tabletek alka-seltzer przed snem. Sprawdzony patent. Rano będziesz jak motylek.

- To jest po prostu nie po chrześcijańsku, ma’am, przeganiać tak od progu znużonego wędrowca…

Podszedłem do drzwi salonu. Na progu domu stał młody okaz w wymiętym drogim garniturze. Z powodu rozczochranych włosów wyglądał jak ktoś z bohemy. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

- Mój przyjaciel jest zmęczony i nie będzie mógł pomóc panu – powiedziałem. – Przykro mi. Proszę przyjść jutro.

Chłopak był podobny do ojca, ale u tamtego nie zauważyłem takiego bezczelnego uśmieszku. Takiego czegoś na twarzy Weilanda nawet nie mogłem sobie wyobrazić.

Za plecami młodzieńca stała niebieska corvetta wyprofilowana aerodynamicznie aż do przesady. Pechowa maszynka. Zwykle na takich wyfiutowanych furach wożą się ci, co nie potrafią sensownie nimi kierować.

- Niech się choćby pokaże – zażądał chłopak. – Skoro nie wpuszcza się mnie do domu.

- Oto ja – oznajmił Billy za moimi plecami.

- Aha! – ucieszył się chłopak. – Cześć! Mam dla ciebie propozycję. Wyjdź, co?

- Gregu Weilandzie! – podniosła nieco głos babcia Hurt.

- Wszystko w porządku, ma’am Hurt, przecież pani mnie zna!

- Znam cię – skinęła głową. – Dlatego wszystkie propozycje tylko przy świadkach.

Plecami wyczuwałem, jak w salonie denerwuje się pułkownik. Chociaż spróchniały z niego pniak, mógłby położyć Grega jednym pstryknięciem. Zresztą każdy z tych staruchów wygrałby ze szczeniakiem. Nawet Abe, czy to z lutownicą, czy bez. To wszystko były szczątki umierającej Ameryki, kraju-legendy, gdzie kowbojskie buty nosiło się nie dla szpanu.

A jednak wszyscy oni się denerwowali. Przerażały ich pieniądze Weilandów.

Dwie rzeczy doprowadzały mnie do szału: jedna w ojczyźnie, a jedna tu. Rosja nienawidziła cudzego bogactwa. Ameryka się go bała.

- No, w sumie – zaczął Greg – myśmy tu z chłopakami postanowili się pościgać…

- Czy ja wyglądam na miłośnika ulicznych wyścigów? – spytał Billy.

- Masz niezłą brykę.

- Stoi na karnym parkingu. Do widzenia, młodzieńcze. Przekaż ojcu ukłony. Miło było mieć z nim do czynienia.

- Jasne. Ten się zeszczał. A ty? – Greg przeniósł szkliste spojrzenie na mnie.

- Ja też nie ścigam się z amatorami – wypaliłem cholera wie po co. – I moja bryka też jest na karnym parkingu.

- Oczywiście, jestem amatorem – skromnie bąknął chłopak. – Ale wystarczy, bym kiwnął palcem, i wasze fury będą wolne. Natychmiast. Jedźmy, odbierzemy je.

- Zamierzamy dziś wieczorem odpocząć – powiedziałem, starannie udając układność. – Dlatego, z całym szacunkiem, ale prosimy o wybaczenie.

- Hm… Dobra, jedziemy, odbierzecie fury po prostu dla siebie. Po prostu odbierzecie. Przecież to głupie zostawiać wozy glinom.

- Dziękujemy za troskę, Greg, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niech sobie maszyny tam stoją. Pod ochroną.

- Kpicie ze mnie, tak? – z nadzieją w głosie zapytał młodzieniec.

- Dobra, znudziło mi się – oświadczyła babcia Hurt. – Wytrzeźwiej, chłopcze!

I mocno dźgnęła Grega łokciem w pierś.

A on tyłem zeskoczył z werandy i zachwiał się, usiłując utrzymać równowagę. Babcia zatrzasnęła drzwi, po czym odwróciła się do mnie i Billy’ego.

- Nie zgadzajcie się na żadną jego propozycję – powiedziała z powagą. – Greg to zepsuty chłopak, w głowie ma tylko podłość. Co poniektórzy już zostali bez maszyn, zgodziwszy się na jego namowy. Co poniektórzy trafili do szpitala.

Na ulicy ryknęła turbina. Dom zadygotał. Dupek Greg dał nam do zrozumienia, co o nas myśli – zawrócił w miejscu corvettę, poderwał ją i wystrzelił nad domem. Debillo. Nieważne, że złamał przepisy, a przepisy bezpieczeństwa w szczególności. Po prostu w kulturalnym towarzystwie taki manewr jest równoważny splunięciu w twarz. Za przelot nad głową biją po pysku, jak dorwą.

- Nie ścigamy się z amatorami, ma’am – powtórzyłem. – A jeśli mam być szczery, to z zawodowcami też nie. Nasz biznes to szybkość i niezawodność. Nie ma tu miejsca na zabawy.

- Ale za ostrzeżenie dziękujemy – dodał Billy. – Wanja, pozwól na chwilkę. Chcę cię o coś spytać.

W kuchni mój partner otworzył lodówkę, ale wyjął z niej nie piwo, jak oczekiwałem, tylko mineralną.

- Ależ miałem ochotę dać mu w łeb! – przyznał się, zrywając kapsel. – Zjawia ci się takie rozumiesz… indywiduum, żeby cię pogięło. Ach, zimniutka…

- Gorąco ci się zrobiło?

- To też. Wanja, nie podoba mi się historia z psem. Do dupy miał śmierć. W dzikim przerażeniu.

- Wiem. Na córce Roadsów wisi fantom, dojrzałem go.

- Można to zdjąć? Szkoda tej małej aż strach. To i tak dziewczynka z problemami, tylko jej dodatkowej traumy brakuje.

- Zobaczę, Bill. Do diabła, co za licho siedzi w tym ichnim bagnie? Jeśli się tego nie wyjaśni, to dziewczynek z problemami będzie pełno w mieście.

- Owszem – zgodził się mój partner. – Kryje się tam jakieś gówno śmierdzące jak rzadko. Aż mi ciarki chodzą po skórze. Ciekawe, szeryf w bagno chce nas zapędzić? Może zapytamy go od razu, teraz i zaraz?

- Wieczór mamy i tak beznadziejnie spieprzony!

- Czyli należy go beznadziejnie spieprzyć jakiemuś fajnemu człowiekowi!

- A może najpierw się przespać?

Billy zmarszczył czoło, pomyślał i powiedział:

- Niegłupie. Jak usłyszysz, że skrzypi łóżko, nie przestrasz się: po prostu śni mi się Clarissa.

Kiedy wyszliśmy z kuchni, salon był już pusty i babcia Hurt sprzątała ze stołu. Rzuciliśmy się jej do pomocy.

- Dziękuję, chłopcy – powiedziała. – Goście rozeszli się, kiedy was nie było. Przepraszam was za ten spęd, ale nie mogłam ich wyrzucić. Nic tylko daj im jasnowidza z Wszystkowidzącym Kamieniem.

- To mój krzyż – westchnął mój partner – i nieść go na swoim umęczonym garbie zamierzam z pokorą. Zresztą przeciw czemu się buntować mnie, grzesznikowi? Kim byłem, póki nie trafił w moje niegodne ręce ów kosmiczny głaz? Zwyczajnym człowiekiem pracy. A teraz jestem ho-ho! Wielki czarny mag William Mbabete, żeby cię pogięło! Przepraszam, ma’am, wyrwało mi się.

- Niech się wyrywa, nie należy tłamsić w sobie. Jestem z zawodu nauczycielką – oświadczyła babcia, ładując naczynia do zmywarki. – Nie takie się słyszało. A i małżonek mój, niech mu ziemia lekką będzie, szanował mocne słowa.

- Północny las zawsze cieszył się złą sławą? – zapytał niespodziewanie Billy.

Babci palec zawisł nad przyciskiem programatora.

- Nie-e – zaprzeczyła przeciągle. – Nie. Za mojej pamięci nikt w bagnie nawet nie utonął. Chociaż po lesie łazili ludzie, często mocno pijani. Tam jest dużo grzybów i w pobliżu znajduje się tradycyjne miejsce piknikowe. Ale do bagna po prostu nikt się nie zbliżał, bo i co tam można robić, a poza tym moskitów straszliwe ilości. Ale w ostatnich czasach…

- Zniknął nie tylko pies? – podsunąłem z zamierającym sercem.

Bardzo chciałem się pomylić.

- Sądzę, że szeryf z tego powodu tak się wczepił w Williama – powiedziała babcia. – Pies… Od psa się

zaczęło. Następnego dnia w lesie zaginęła dziewczynka. Jedenaście lat. Miła taka dziewuszka, Sara Sayer, znałam ją.

- Ale dziecko nie może zaginąć! – niemal krzyknął Billy.

- Może, jeśli jego dziecięca bransoleta się nie odzywa.

Mój partner jak stał, tak usiadł.

- To też był piknik? – zapytałem, starając się nie poddawać uczuciom.

- Nie-e, to bardziej skomplikowane. Sara była uważana za nieco dziwne dziecko, rodzice nawet poszli z nią do psychiatry, ale ten powiedział, że wszystko mieści się w granicach normy. To była dość zamknięta w sobie dziewczynka, w wolnym czasie oddawała się zajęciu uważanemu tu za pustą rozrywkę. A mógł z niej wyrosnąć wspaniały ekolog. Już we wczesnym dzieciństwie ujawniła się u niej „zielona ręka”. Słyszeliście o czymś takim? Tak się mówi o tych, co potrafią znaleźć wspólny język z przyrodą. Sara hodowała drobne zwierzaki, wspaniale znała się na kwiatach i ziołach, nawet mnie czasem doradzała. Widzieliście mój sad? I dużo chodziła po okolicy. Czasem znikała w lesie na długo. Nikogo to nie niepokoiło, przecież my tu żyjemy w sumie po wiejsku. Każdy uczeń zna każdą ścieżkę w promieniu pięciu albo i dziesięciu mil. A te bransolety… Osłabiają czujność, rodzice wyzbywają się niepokoju…

Oczywiście, w dziecięcej bransolecie poza nawigatorem i minicomem jeszcze jest cały kompleks diagnostyczny i boja SOS. A dziecięca to ona jest tylko z nazwy, w rzeczywistości to wojskowa bransoletka. Cała różnica polega na tym, że z żołnierza może ją zdjąć wyłącznie dowódca, a z dziecka matka lub ojciec. Pewnie, chcąc nie chcąc, zapomina się o pilnowaniu bachora. Wkrótce takie nieprzystosowane pokolenie wyrośnie, że się zdziwimy – same Gregi Weilandy w szerokim wyborze.

Jeśli bransoletka milczy, to najprawdopodobniej jest zniszczona. Nie da rady zgnieść jej butem, młotkiem nie da się rozwalić. Wyobraziłem sobie niedźwiedzie szczęki zaciskające się na szczupłym przegubie. Biedna dziewczynka!

- Ciekawe – mruknął Billy. – Pies miał bojkę? Zapomniałem zapytać.

- Słyszałam, że miał. I też nie odpowiada.

- Jak się dowiedzieliście, że dziewczynka zaginęła akurat w północnym lesie?

- Jej rower leżał pod drzewami. I matka to potwierdziła. Las został przeczesany bardzo starannie. Przeszukano bagno z powietrza, ale ani śladu. To się stało… Dziś był dziewiąty dzień.

Wymieniliśmy z Billym spojrzenia i zrobiło mi się trochę głupio. Już trzecią dobę jesteśmy tu jak na wczasach, a Sara… Dobra, to gadanie głupiego. Szeryf nie ma nadziei na znalezienie jej żywej. Dlatego nie mobilizował nas od razu, bez przymuszania. Szuka ciała. Albo myśli, że dzieciak zwiał?

- Dzieci czasem uciekają z domu – powiedziałem. – Mądra, zamknięta w sobie dziewczynka, o której prywatnym życiu niewiele wiadomo… Mogła mieć najbardziej nieprawdopodobne powody do zainscenizowania swojej śmierci.

- Napiję się, chłopcy, jeszcze kawy – powiedziała babcia. – Was też liczyć? A wy w tym czasie wyobraźcie sobie, jak jedenastoletnie dziecko może zablokować swoją bransoletkę. Nie każdy dorosły sobie z tym poradzi.

- Nie wygłupiaj się, Wanja, żeby cię pogięło – poradził Billy. – Szeryf jest przekonany, że Sara zginęła. Całe miasto jest o tym przekonane. W innym przypadku już w sobotę popędziliby nas na poszukiwania. A ty sam wiesz, że w bagnie siedzi jakieś gówno.

- Jeśli nad bagnem odbyły się loty, to zostało przeskanowane na wylot – szedłem w zaparte. – A właśnie, ma’am Hurt, kto się tym zajmował?

- Najpierw gliny, potem ratownicy.

- Słyszałeś, Billy? Nadal jesteś przekonany, że w bagnie coś siedzi, partnerze?

- Na sto z hakiem. A ty nie?

- Na dwieście – przyznałem ponuro. – Niech to diabli, to jest zgniła, śmierdząca, obrzydliwa sprawa.

- Dobrze pani pamięta Sarę Sayer, ma’am?

- Tak, Williamie. – Babcia z gotowością odwróciła się do Billy’ego.

- Nie, nie trzeba – machnął ręką mój partner. – Dziewczynka jest martwa. Nie widać jej i nie słychać. Będziemy szukali jutro. Nie jestem dziś w dobrej formie, a i późno się zrobiło.

- Nie trzymasz kamienia w ręku, Williamie – zauważyła babcia. – Czyli kiedy masz go na szyi, też czujesz z nim kontakt?

- Oczywiście, ma’am. Biorę kamień do ręki, żeby wielki czarny mag William Mbabete robił większe wrażenie. Gdybym nie był w stałym kontakcie… Przecież pani wie, co się wydarzyło w piątek. A kamień wisiał na swoim zwykłym miejscu. Przepraszam za to przypominanie, ale to dobry przykład… Żywy i wypukły.

Przypomniałem sobie wypukłości panien Hurt i mało co się nie oblizałem. Z pyszczkami dziewczyny fartu nie miały, ale cała reszta wyrosła im w pierwszym gatunku.

Babcia podała kawę Billy’emu, a ja nagle pojąłem, że patrzy na niego ze współczuciem.

- Biedny Williamie – powiedziała. – Pan rzeczywiście niesie to na sobie, jak… jak…

- Jak krzyż – z łatwością dokończył mój partner. – A co ja poradzę? Co mam zrobić? Dostałem, to niosę… Wanja, czego ty tam szukasz z takim zapałem?

Przypiąłem z powrotem com na rękę.

- Sprawdziłem częstotliwości, czy jakimś urządzeniem można zagłuszyć SOS bojki dzieci i psów.

- Nie można – pokręcił głową Billy.

- Masz rację, to był głupi pomysł. Te częstotliwości niby może udawać każdy silnik z niesprawnym dławikiem hałasu. Ale takie cudo hurczałoby na cały okręg. Od razu zostałoby wykryte.

- Ależ z ciebie detektyw. Kto mieszka w bagnie?

- Pijawki i moskity. I jutro cię pożrą.

- Ciągnij diesla! – poderwał się mój partner.

Jak wielu wysokich silnych mężczyzn wyrosłych na asfalcie Billy nie znosi żadnej kąsającej żywiny.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

| |