Dynks cz.VI
Ulokowano nas u babci Hurt. Ojciec uratowanych dziewczynek od razu tak zaordynował: „Chłopy, sprzedam dla was ostatnie spodnie, ale do swojego domu was nie wpuszczę. Sami widzicie – dziewczyny mam jak maliny, seks im z uszu tryska. Zakochają się w przybyszach i uciekną. Czy mi to do szczęścia potrzebne?”.
Szczerze mówiąc, dziewczyny były takie sobie, ale oczkami do nas strzelały całymi seriami, dlatego z Billy’m żeśmy zgodnie ustalili: tacy goście jak my nie są Hurtowi do szczęścia potrzebni.
A babcia Hurt okazała się skarbem. Urządziła nas, nakarmiła, ułożyła do snu, niemal bajeczkę na dobranoc opowiedziała. A wszystko z godnością, bez zbędnej krzątaniny i głupiego przymilania. Aż się na lirykę przestroiłem – nagle pomyślałem sobie, że kawaler w średnim wieku to czasem okrutnie jest łasy na ciepło matczynej dłoni. Billy też powiedział: „Oj, mama mi się przypomniała!”.
Ale najpierw był wieczór trudnego dnia – poniedziałku.
Przyszliśmy z baru leciutko weseli, mając nadzieję wrąbać smaczny obiad i się wyluzować. Jeszcze w domu ściągnąłem sobie nowy katalog tuningowy, ale ciągle nie miałem czasu pobuszować po nim po ludzku. Mój com twierdził jednak, że już z piątku na sobotę przejrzałem katalog od dechy do dechy, a następnej nocy usiłowałem nawet coś zamówić, tylko nie potrafiłem prawidłowo wprowadzić pinu karty. Nic takiego sobie nie przypominałem.
Billy zamierzał wywiedzieć się u babci, gdzie tu imprezuje młodzież, pójść tam, przypadkowo spotkać Clarissę i jak należy zawrócić jej w głowie.
„Uważaj, bo ci wpieprzą!” – zauważyłem, ale mój partner tylko prychnął.
W takim oto błogim nastroju usiedliśmy do babcinego stołu łamiącego się od potraw i wszystko było wspaniale, póki jedno rzucone od niechcenia zdanie nie obudziło mojej czujności.
- Czyli Ronnie Palmer jednak poszedł do wojska… – bąknęła babcia.
A ja zrozumiałem: zaraz się zacznie.
Goście ruszyli ławicą, zaledwie wstaliśmy od stołu. Babcia bardzo zręcznie namówiła nas, żebyśmy wypili sobie kawki w salonie. A tam już jakoś tak naturalnie znalazł się i stary Jack, i chichotka Molly, i wdowa Kramer, i hałaśliwa rodzinka Roadsów, i emerytowany pułkownik Mówcie-Do-Mnie-Po-Prostu-Pułkowniku, i jeszcze od groma sąsiadów.
Wszyscy oni, rzecz jasna, po prostu przechodzili obok i postanowili wpaść, ot tak sobie.
Poza tymi, co tradycyjnie w poniedziałki wymieniali się z babcią przepisami kulinarnymi.
I tymi, co zawsze w poniedziałki potrzebowali jej konsultacji w sprawie nawożenia roślin ozdobnych.
To oczywiście z łatwością można było załatwić przez com – poza zjedzeniem placka, rzecz jasna – ale tu się tego tak nie załatwiało. Tu się chodziło w odwiedziny.
Odniosłem wrażenie, że tak naprawdę sprawę do babci miał tylko stary Abe Pewsner: potrzebował lutownicy. Otrzymawszy sprzęt, usiłował nawet zwiać, ale pochwycono dziadka i usadzono do konsumpcji ciasta.
Rozmowa płynęła od tematu do tematu i nijak nie mogła zacumować przy wątku interesującym wszystkich. W końcu Billy, którego nieubłaganie ciągnęło w okolice rozrywek młodzieżowych, ciężko westchnął i wyczekawszy na krótką pauzę, oświadczył:
- Nawiasem mówiąc, przyjaciele moi, skoro już tu wszyscy jesteście, może mógłbym jakoś odwdzięczyć się temu miastu za gościnność?
Sformułowanie to, po mojemu, nie było najszczęśliwsze, wszyscy przecież wiedzieli, że szeryf zatrzymał nam maszyny. I w jakim celu – też wiedzieli.
Ale Billy nie dał miejscowym czasu na wstyd. Po prostu zdjął kamień z szyi, zacisnął go w garści i zapytał:
- Przecież chciałby pan wyjaśnić jedną rzecz, szanowny pułkowniku, czyż nie? To może ukryjmy się w kuchni, żeby nam nikt nie przeszkadzał.
I się zaczęło. Billy tylko wysuwał głowę przez szparę w drzwiach i mówił: „Dobra, missis Kramer, nie jestem ślepy, coś pani zgubiła i nie może znaleźć… Wchodź, Molly, wróżka ze mnie kiepska, ale kamień podpowie, do kogo rwie się twoje serce… Jack, opisz mi swojego tradera, zastanowimy się, czy można mu ufać… Abe, jesteś pewien, że stara matczyna płyta główna domaga się kontaktu z lutownicą?”
W salonie babci było coraz weselej i jakoś po domowemu. Goście okazali się nad podziw miłymi ludźmi, nawet pułkownik (nie trawię zimnokrwistych zabójców, również emerytowanych). Wszyscy oni żyli sobie w przyjaźni i kochali swoją mieścinę. Na dodatek starsze pokolenie – jak by to ładnie powiedzieć?… – było opasane, i to na krzyż, na poły zetlałymi więzami miłosnych zaszłości, biznesowych kontaktów, zawiści, kłamstw i obłudy. W ich przeszłości nie brakowało takich rzeczy jak seks, pijaństwa, rozliczenia na pięści i na sali sądowej. Ale nie zacinali się w złości, a pamiętali tylko dobre rzeczy. Pewnie dlatego, że miasteczko było małe i jeśli ktoś nie potrafił ludziom wybaczać, to tylko sam zatruwał sobie życie.
Podobali mi się. Oni i ich miasteczko.
