Dynks cz.IX

Author: admin
Category: Fantastyka

Niemal jestem pewien, że przodkiem mojego kumpla był afrykański monarcha. Zwyczajni ludzie nie potrafią tak twardo stawiać na swoim. Kiedy Billy latał jako mój „prawy taboret”, tylko subordynacja nas ratowała. Teraz też jestem formalnie jego dowódcą, ale to raczej oznacza, że właśnie na moją głowę spadają największe i najtwardsze szyszki.

Na szczęście, znalazłszy się w ślepej uliczce, wyzwalam w sobie dziesięć razy więcej sprytu, niż go posiadam w normalnych warunkach. Tak samo i teraz błyskawicznie znajduję rozwiązanie problemu:

- Tak czy siak musimy iść do lasu pieszo i bez eskorty. Szeryfa poślemy na posterunek, niech tam siedzi i czeka na wezwanie, żeby w razie potrzeby walił do nas z ludźmi. Do asekuracji ściągniemy tu moją „teczkę”. I spokojniutko weźmiemy sobie z bagażnika lufy.

- No i widzisz – uśmiecha się Billy. – Po coś się denerwował, żeby cię pogięło?

- Jakoś mi głupio – odpowiadam – łazić po spokojnym amerykańskim zadupiu z armatą nieistniejącą w przyrodzie.

- A ganiać na maszynie, której nie ma w przyrodzie to nie głupio? Powiem ci nawet, że naciągniemy na siebie kombinezony – obiecuje mój partner. – Nie będę żarłem dla moskitów. I pijawek.

- Diabli i cholera! Przecież jak zobaczą, zadręczą pytaniami. Pół miasta będzie na nas ślepiło przez lornetki. Z każdego możliwego dachu!

- A niech sobie nawet ślepią przez teleskopy! Boisz się zadziwić ten kraj, Wanja? Nie bój się. Ameryka odzwyczaiła się od dziwienia. Oto po mieście spaceruje czarny mag Billy Mbabete, wymachując Wszystkowidzącym Kamieniem, a publika go tylko oklaskuje, żeby ją pogięło! I czeka, nie może się doczekać, kiedy pokażę jej swój kamyczek! Wszystko jest okejowo, Wanja! Kumasz?

- Billy, dlaczego jesteś taki upierdliwy, co?

Gadam, gadam, i od tego gadania czuję się lepiej. Sama myśl o etatowej armacie, we władaniu którą zostałem nieźle wyćwiczony, dodaje mi odwagi. Zazwyczaj mój instynkt samozachowawczy jest silny jak cholera. Mocniejszy od siły woli. Dlatego dowódcami załóg byli tacy jak ja, a nie tacy jak mój kumpel.

Zresztą co do pilotażu, to też Billy’ego zakasuję. Z wysiłkiem, ale zakasuję.

Pojawia się szeryf. Spocony i rozczochrany. Stuka w szybę okna.

- Idziemy – mówi. – Missis Sayer jest gotowa porozmawiać.

- Mam nadzieję, że przynajmniej ona nie jest znanym fizykiem? – pyta mój kumpel, wyłażąc z klimatyzowanego chłodu na palące słońce.

- Nieznanym – prycha glina. – Zwyczajnym fizykiem, takie mężowskie przynieś-wynieś-pozamiataj. I też nie jest zachwycona pomysłem wciągnięcia was do poszukiwań. Ale przede wszystkim jest matką i udało mi się ją zagadać.

- Co za życie… Ciągnij diesla… – mruczy Billy.

Jak wielu mocnych mężczyzn sfiksowanych na punkcie romantyzmu kosmicznych dali mój partner nie znosi ludzi, którzy nie wierzą w cuda.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

| |