Dynks cz.IV

Author: admin
Category: Fantastyka

Nie licząc oczywiście tych, od zderzenia z którymi niemal codziennie uchyla się na trasie.

- Proszę opowiedzieć, missis Palmer – prosi szeryf.

No proszę, już tarmosi chusteczkę!

- Rozumiecie, mój Ronnie… Mój synek. Jest brokerem w Chicago. Wcześniej dość często rozmawiał ze mną…

Kłamie. Nie często. Bardzo rzadko.

- …a od dwóch miesięcy nie mogę się z nim skontaktować. Jego com został zablokowany. Powiedziano mi, że pod tym adresem, jaki miałam, Ronnie nie mieszka. Bardzo się niepokoję… Czy mam pokazać jego zdjęcie? Och, nie domyśliłam się, już niosę!

- Nie trzeba – oschłym tonem rzuca Billy.

Co prawda lekko zaklinował, ale to dla niego za mało, więc nie oczekujcie dziś od mojego partnera zrozumienia i uczuciowości.

- Nie trzeba? – pyta zdziwiona damulka.

Żeby tylko Billy nie doprowadził jej do łez! Chusteczka już zgnieciona w kulkę.

- Proszę wywołać w pamięci obraz Ronniego, proszę pani. To znacznie lepsze od zdjęcia. Proszę myśleć o synu. Może pani zamknąć oczy.

- Już, już…

Mój partner też zamyka oczy i mocniej zaciska pięść z kamieniem.

Szeryf patrzy na Billy ego tak, jakby gotów był go zastrzelić przy pierwszym gwałtownym ruchu.

Zwisający z pięści łańcuszek lekko się kiwa. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Żebym się tylko nie zahipnotyzował. W końcu też jestem na kacu.

Billy robi mocny wydech i otwiera oczy. Rzuca krótkie spojrzenie na przyczajonego glinę.

- A co się pan – mówi do niego – panie Gibbson, tak natężył? Natężanie to moje zajęcie. A pańskie to innych natężać.

Ten już otwiera usta, ale go uprzedzam:

- Nie rób scen, Billy, bądź miły i nie przeginaj.

- Skumałem – kiwa głową. – Co mam pani powiedzieć, pani Palmer? Nic się strasznego nie stało. Ale moja informacja może panią zdziwić.

- Mój chłopiec… Jest zdrowy?

- Bardziej od nas. Proszę sobie przypomnieć, czy Ronnie nigdy nie mówił pani, że marzy mu się kariera wojskowego?

Szeryf już nie jest gotów zastrzelić Bill’ego. Usiłuje zestawić dwa obrazy – tego, co to „ciągnij diesla”, i tego, co to wyraża się gramatycznie.

Teraz mój partner nawet postawę ma inną. Siedzi jak arystokrata, czarny gamoń. Jak jakiś kacyk afrykański, monarcha niewielkiego, ale niebezpiecznego ludu.

- Wojskowy… – damulka szepce i blednie.

- O ile dobrze zrozumiałem, proszę pani, com pani syna został zablokowany nieprzypadkowo. Ronnie jest teraz w jakimś tajnym obozie. To bardzo mi przypomina wstępne testy formacji specjalnego przeznaczenia. Tak więc proszę się uzbroić w cierpliwość, jeszcze przez miesiąc nie będzie się odzywał. Jeśli oczywiście wcześniej nie odpadnie. Ale takie mam wrażenie, że pani syn jest zdecydowany wytrzymać do końca. To twardy chłopak.

- Oddziały specjalne… O Boże! Czyli tam biorą byle kogo?

- Przepraszam, ma’am, ale pani syn nie jest byle kim. On chce być w piechocie morskiej.

Damulkę zaraz trafi apopleksja. W przenośni. Bo fizycznie to ma zdrowie za dwóch.

- No to my sobie już pójdziemy, missis Palmer – szybko rzuca szeryf. – Miejmy nadzieję, że wszystko ma się tak, jak powiedział William. Cieszę się za Ronniego, cieszę się za panią, i zapewniam, sprawdzę te dane oficjalnymi kanałami.

A sam szarpie mnie za rękaw.

Billy wstaje i bardzo uroczyście kłania się missis Palmer.

Ta zaś skubie chusteczkę i mamroce: „Ronnie, mój Ronnie, jak mogłeś tak zdenerwować mamusię…”.

Glina niemal wywleka nas z domu na werandę.

- Ufff! Zdążyliśmy zwiać. Bo zaraz się zacznie…

Zza drzwi dobiega nas ciche, ale przekonujące wycie.

- Idziemy, idziemy! – rozkazuje szeryf, spychając nas z werandy.

Wycie wchodzi na wyższe obroty.

- Dziękuję ci, Williamie – mówi policjant, wyciągając dłoń do Billy’ego. – I przepraszam za ten niewielki sprawdzian. Po prostu musiałem, rozumiecie? No? Zgoda? Bo wszystko się zgadza: Ronnie nigdy nie pracował jako broker, jest kapralem piechoty morskiej i bardzo dobrze się czuje.

Mojemu partnerowi ciągle jeszcze łańcuszek zwisa z pięści. I tę pięść podnosi do fizys szeryfa. Bez groźby. Po prostu pcha mu pięść w nos.

- A ta Palmer, kretynka malowana… – glina przerywa w pół słowa i zamiera z otwartymi ustami.

Zaraz Billy sypnie mu z garści za „niewielki sprawdzian”.

- Pan, panie Gibbson – mówi ten jednak, rozciągając słowa i patrząc na wylot przez szeryfa – zawsze był kochliwy. Ale oprócz tego był pan niepoprawnym romantykiem. Dlatego nigdy nie zdradził pan żadnej ze swych kobiet…

Zawisa nad nami męcząca pauza.

A w bialutkim domku wycie przybiera na sile i już jakby przechodzi w ryk. Zaraz zacznie się histeria.

- I żony pan nie zdradza, nawet kiedy ma pan na to wielką ochotę…

Policjantowi spod daszka czapki spływa obfity pot. Szeryf strasznie, aż do spazmów boi się tego, co Billy może powiedzieć dalej. Przecież skłamie, zaraza, i nie sprawdzisz tego. A jak nawet nie skłamie – nie udowodnisz. I męcz się potem, człowieku, do końca swoich dni, aż do pośmiertnego zesztywnienia.

Billy wolno, bardzo wolno rozciąga gębę w uśmiechu.

- Tak to, szeryfie! – oświadcza tonem zwycięzcy, cofa pięść i wiesza kamień na szyi.

Wsadza ręce do kieszeni, po czym odchodzi, kierując się do centrum miasta.

Glinę łapie nerwowy tik. Drga mu policzek.

- Ulżyć panu? – pytam.

Szeryf chrypi, kaszle i w końcu pyta, nie patrząc mi w oczy:

- Jak ulżyć?

- Billy nie może wyczaić tego, do czego czynił aluzje. Z łatwością określi, gdzie w tej chwili jest pańska żona albo jak się czują pańskie poprzednie sympatie. Ale przebadać je na okoliczność niewierności – guza. To nie jego emploi.

Policjant zerka na mnie z niedowierzaniem.

- To jest Wszystkowidzący Kamień – wyjaśniam. – Zwyczajnie Wszystkowidzący. Nie mylić z Wszystkowiedzącym.

- A taki też jest?!

- Ivan! – ryczy Billy z daleka. – Żeby cię pogięło, idziesz czy nie?

- Informacja nie zanika, mister Gibbson. Wszystkie nasze postępki pozostawiają ślady. Ale to jest poza kompetencjami Billy’ego. On tylko widzi to, co jest teraz i tutaj.

- No to jak odkrył moją przeszłość?

- Bez trudu. Przecież ona jest odbita w panu, panie Gibbson.

Szeryf zastanawia się.

- Kuma pan? – ciągnę. – No to świetnie. A my z partnerem powinniśmy walnąć po kufelku zimnego piwa. Proszę się nie obawiać, wyszliśmy z ciągu. Gdzie mieszkamy, pan wie.

Wraca mój partner. Kładzie mi rękę na ramieniu. I mówi do policjanta, mierząc go z góry na dół:

- Bez paniki, szeryfie. Wszystko będzie załatwione profesjonalnie. Już ci wybaczyłem. I nawet Marvina, gnoja śmierdzącego, ci wybaczyłem. Skoro mamy pracować razem, to nie możemy się kłócić. Ludzie dobrej woli muszą trzymać sztamę. Muszą być jedną drużyną, żeby cię pogięło! Kumasz? Ale jeśli jeszcze raz ktoś dotknie maszyny, pociągnie diesla na maksa. Wtedy już mi nie przeszkodzisz. Idziemy, Wanja!

Billy mnie odciąga, a glina zostaje na chodniku, zastanawiając się, czy nie popełnił aby straszliwego błędu, zatrzymawszy nas w mieście.

Czuję to w czubku głowy.

I to, że porucznikowi cholernie potrzebna jest pomoc w jakimś od dawna stojącym w ślepej uliczce śledztwie – też czuję.

- Teraz po piwku i na obiadek – marzycielskim tonem oświadcza mój kumpel. – Nawet mi się tu podoba. Fajne miasteczko i ludziska prześmieszni.

- Tylko trochę gorąco.

- Mi się podoba.

- Nie wątpię. Billy, wiesz co, może weźmy Afrykę, jak się napatoczy cargo. Raz, co?

- Gówno tam. – Kręci głową. – Przecież się dogadaliśmy. Ja mam delikatną psychikę, łatwo mnie zranić. Nie dam rady patrzeć na burdel, w którym żyje naród moich przodków.

- A ja to mogę?

- Ty masz swój kretyński rosyjski stereotyp. Ach, ta nieszczęsna Rosja, jak w niej jest źle! Kochacie robić z siebie biedaków. Nie zauważyłem jakoś, żeby tam było źle. Żarcia od zasrania, dokoła blondynki i mercedesy. O, w mojej historycznej ojczyźnie to dupa blada!

- W Namibii, jak mi się zdaje, merców jest więcej niż w Rosji…

- Hej, mister! Mogę pana prosić na chwilkę?

Dwa szkraby po dziesięć lat, obaj w tiszertach z napisami „Uliczny ścigacz”. Wszystko jasne.

- Mister, myśmy się założyli… Pan ma Lockheeda Albatrosa T5?

- Nawet dwa, synu. – Billy uśmiecha się na całą klawiaturę.

- „Te-piątka” może wyjść w przestrzeń kosmiczną?

- Coś ty, przyjacielu! „Teczka” ma pułap dwadzieścia mil. I szczerze mówiąc, jest mało sterowna już na osiemnastu. Majta się jak mydło w wannie.

- Mówiłem! – triumfuje jeden ze szkrabów.

Drugi opuszcza spojrzenie.

- „Te-piątką” nie należy wspinać się tak wysoko – wyjaśnia mój partner. – To jest maszyna na trasę. Świetna maszyna, bardzo szybka.

- Dziękuję, mister.

Idziemy swoim szlakiem, chłopcy z tyłu wymieniają kuksańce. Zaczął – wiadomo, ten co przegrał.

Comments are closed.

Copyright 2010 Ciekawe opowiadania.
WordPress .

| |