Dynks cz.III
Poza tym chciałbym się ożenić. Ożenić i ustatkować. Pewnie na kacu takie myśli…
Clarissa bardzo by mi pasowała.
I jak na zamówienie właśnie do mnie podeszła.
- Mister Kouznetsoff, szeryf oczekuje pana.
Tak w ogóle to mógłby szeryf szarpnąć się na com, a nie wysyłać kuriera. A może z racji stanowiska nie powinien zaprzątać sobie łba duperelami?
- A czy to prawda, mister Kouznetsoff – pyta Barbie niby od niechcenia – że pański kolega ma Wszystkowidzący Kamień?
Fajna dziewucha. Aż nie mogę uwierzyć, że naturalna. I ten nosek leciuteńko zadarty… Nosek, oczka… Mój typ. Biust nieco za duży, ale co zrobić – Południe. Za to nogi fenomenalne. Z niemal nieuchwytnym zakrzywieniem w łydce. Niby nie ma go, a jest. Takie nogi może zrobić jedynie baaardzo utalentowany korektor. Zazwyczaj nogi robi się proste jak wał Cardana. I od razu w image’u coś się nie zgadza. Czegoś brakuje, czegoś naturalnego. Czar pryska.
- Co? – zadaję przelotne pytanie.
- Źle się pan czuje, mister Kouznetsoff?
- Wręcz przeciwnie, kochana Clarisso. Patrzę na panią i robi mi się dobrze. I nie jestem żaden mister, tylko Wania.
- Wa-anja… – wypowiada z przydechem. Całe szczęście, że nie ma obok mnie Billy’ego. Już by zaczął rżeć histerycznie i walić głową o ścianę. Wie, jak nienawidzę tego amerykańskiego „Wanja”, nawet on stara się nie mówić tak do mnie za często. I ciągle marzę, że spotkam dziewczynę, która wypowie to imię jak należy.
- Może lepiej jednak Ivan. Mówi pani, że czeka na mnie szeryf?
- Tak, mister… Ivan.
Przy drzwiach odwracam się na chwilę.
- Pytała mnie pani, co za rzecz posiada Bilty. Oczywiście, Clarisso, to jest Wszystkowidzący Kamień. I to działający. Wie pani przecież, jak Billy uratował siostry Hurt. Dlaczego więc pani pyta?
- To sprzyjający przypadek dla miasta, Ivan. – Barbie patrzy mi prosto w oczy. – Nawet nie marzyliśmy, żeby mieć do dyspozycji człowieka z takim artefaktem. Ale proszę się przygotować, szeryf najpierw zrobi wam test.
- Do licha, co wy tu macie za problem?!
- Jeśli szeryf uwierzy w artefakt, to wam powie.
Wzdycham. Wieś to wieś i wsią pogania. Prowincjuszy uważają za łatwowiernych gamoni tylko ci, co wyrośli w megapolisach. A wiejskie życie jest wielce mylące… Sam jestem ze wsi, to co mam nie wiedzieć. Billy i szeryf siedzą naprzeciwko siebie, mierzą się wzrokiem.
- Coście się tak nabzdyczyli – pytam – bracia w rozumie?
- Czekamy na pana – powiada glina. – Czy to z szefem pan rozmawiał?
- Boss daje nam carte blanche. Ale prosi, żebyśmy napomknęli pewnemu szeryfowi, że na etacie firmy znajduje się patentowany spec od poskramiania policjantów. Kumasz? „Adwokat Liebermann” coś panu mówi?
- Słowo „adwokat” jest mi niewątpliwie znajome – kiwa głową glina. – A słowo „Liebermann” słyszę po raz pierwszy w życiu. Hm, co by to mogło znaczyć? Dobra, do rzeczy. Williamie, jak się pan czuje? Gotów „się pogiąć”?
Mój partner szczerzy się wrogo. Trochę go zasmuciły wydarzenia na parkingu. Billy tylko z wyglądu jest ofermą, w rzeczywistości to pedant, nie cierpi bałaganu i rys na karoserii. Aktualnie wini za wszystko szeryfa. Częściowo, jak myślę, ma rację.
- William jest gotów, ale dziś, jak to się mówi, na pół gazu – oceniam partnera. – A jutro najprawdopodobniej na full.
- Dziś nie zażądam niczego niemożliwego – obiecuje glina. – Przespacerujemy się trochę, zabawimy i możecie odpoczywać.
- „Zabawimy” – cedzi Billy. – Co to, za klaunów robimy?
- No nie – uśmiecha się szeryf, wstając i poprawiając kaburę – klaunady mieliśmy aż nadto w weekend. Czegoś takiego tu dawno nie było, żeby dwu przyjezdnych wypiło cały bar.
Od. razu zaczyna mnie swędzić nos.
- Nie trzeba – mówię – drażnić ludzi jakimiś małostkowymi zaczepkami. Dobra, chodźmy, Billy, pokażemy, do czego jeszcze zdolni są przyjezdni.
- Ze startu stojącego do stu mil w cztery sekundy – ożywia się mój partner. – Hej, szeryfie, zakładamy się o dwie dychy, żeby cię pogięło? Tylko zwolnij główną ulicę na rozpędówkę.
- Ciągnij diesla! – ryczy glina.
- O, widzisz, Wanja? Skumał.
Szeryf, mamrocąc coś o „kretyńskim stołecznym żargonie”, otwiera przed nami drzwi.
Idziemy przez miasto, witamy się ze znajomymi i nieznajomymi. Miejscowi to trzy i pół tysiąca ludzi, można sądzić, że wszyscy wszystkich znają. A jeśli nawet ktoś zapomniał czyjeś imię, to nie był powód, żeby się nie przywitać.
W naszej wsi panował taki sam obyczaj. Mimo że nie mieliśmy kanalizacji i wodociągu.
Ale za to nasze domy wytrzymałyby zderzenie z czołgiem, nie to, co tutejsze, obok których człowiek się boi zaparkować brykę, żeby rodzina nie została bez dachu nad głową. Co prawda tu jest ciepło. Jednak i tak ciągle się dziwię, jak oni mogą żyć w tej dykcie.
Na szczęście ludzie jako tacy mili. Zwłaszcza jak się ich porówna z megapolistami, którzy mają uśmiechy jakby przyklejone i fałszywe na wskroś. Tu się uśmiechają też często, ale widać, że z potrzeby ducha.
Ja od razu rozpoznaję takie rzeczy.
Domek jest bialutki, bielusieńki, typowe lokum niemłodej i niepijącej lady – od razu dociera do mnie: tu zmierzamy. Szeryf tylko dotknął dzwonka, a drzwi już otwarte na oścież.
- Dzień dobry, młodzieży! – cieszy się pulchniutka damulka około pięćdziesiątki, cała w różach. – Dzień dobry, szeryfie!
- My służbowo, missis Palmer. – Glina zdejmuje czapkę, przygładza rzadkie włosy.
- Ale najpierw napijecie się zimnej lemoniady!
Samotna paniusia i nie tak zwyczajnie samotna.
Dom jak dom, wewnątrz jeszcze bardziej schludny niż z zewnątrz, ale cały przesączony poczuciem straty. Ktoś odszedł stąd z zamiarem niewracania.
Do diabła, po co ja siebie podkręcam?! To Billy robi w naszej parze za bohatera. To na jego artefakt złożono zapotrzebowanie.
Lemoniada jest naturalna i smaczna.
Rozsiadamy się w salonie, każdy na przydzielonym mu fotelu. Damulka przed nami na kanapie, składa pulchne rączki na kolanach, przygotowuje się do skubania chusteczki.
- Och, mogę popatrzeć?
Billy zdejmuje z szyi łańcuszek.
- Oczywiście, ma’am.
- Nie, nie, proszę pana, ja tylko popatrzę. A więc taki on jest… Dziękuję.
Mój partner zaciska kamień w ręku. Malutki czarny kamyczek. Czy jest w mieście choć jedna osoba, która o nim nie słyszała? Wątpię. W zasadzie o magicznych niebiańskich kamieniach każdy coś słyszał. To był popularny temat dobre dziesięć lat temu. Teraz trochę ucichło. Pilotowana astronautyka zgasła jak zdmuchnięta świeca, w kosmosie działają wyłącznie automaty. Żywych astronautów jest niewielu, a możliwość spotkania z nosicielem artefaktu podąża ku zeru, nie mówiąc już o szansie na sprawdzenie jego cudownych właściwości. Gdybyśmy hordami szwendali się po podwórkach, to owszem, temat żyłby. A tak… Iluż ludzi uszczęśliwił Billy? Setkę? Dwie?
