Dynks cz.II
- Z pana jest spryciarz, Ivan! Miał pan na pewno tysiące okazji, by przywłaszczyć sobie artefakt. Czyli z jakiegoś powodu pasuje panu, żeby kamień nosił William i żeby wszyscy uważali, że artefakt do niego należy. Więc i ja chcę zajarzyć, gdzie jest pies pogrzebany. Przecież idziemy razem na poważną robotę.
Dopijam kawę i ciskam kubeczek do kosza. Kosz chrząka.
- Radziłbym panu, mister Gibbson – tak mówię – zarżnąć się brzytwą Ockhama. Chyba zaszkodziła panu praca. Nie należy, niech to diabli, wszystkich o wszystko podejrzewać! Prowadzimy uczciwy biznes. I jesteśmy uczciwymi facetami. Owszem, Billy ma dynks, który wykorzystuje nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Ale po pierwsze, jego istnienie czyni z nas mistrzów w swoim zawodzie, a po drugie, kto tak naprawdę wie, do czego służy dynks… Pewnie do niczego. Przecież to kamień. Leciał sobie, nikogo nie zaczepiał, wcale nie chciał stuknąć w ten stateczek, on sam się przyplątał. W bazie został oderwany od poszycia, a Billy go wziął. On, ten kamyczek, go przyciągnął. Słyszał pan, że takie dynksy same wybierają sobie właścicieli?
- Nie mogę uwierzyć, że ten „żeby cię pogięło” jest astronautą.
- Billy był moim „prawym taboretem”.
- Że niby kim?
- Drugim pilotem. A ja byłem dowódcą okrętu zwiadu dalekosiężnego. Obu nas zwolniono z przyczyn medycznych. To łatwo sprawdzić. Zresztą pan już przecież sprawdził. Są jeszcze jakieś pytania?
- Nic nie sprawdzałem – cedzi zrzędliwym tonem szeryf.
- Kumam – mówię. – Przepraszam, nie pomyślałem. Oczywiście, krążą o nas legendy, ale my jesteśmy nieszkodliwi. Zwiad dalekosiężny oficjalnie nie istnieje. Ale… Proszę uważać, że zdradziłem panu tajemnicę państwową. Z czystej sympatii.
- „Żeby cię pogięło!” – przedrzeźnia szeryf.
Nieźle mu Billy mózg podeptał. W tym momencie odzywa się mój com na maksymalnym priorytecie.
- Hej, Wanja! – com woła mnie głosem Billy’ ego. – Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale tu jakieś, przepraszam za język, indywiduum pakuje się do mojej fury.
- Na karnym parkingu? – dziwi się glina. – Być nie może.
- No to się rusz i zobacz, żeby cię pogięło!
- Na moim karnym parkingu?!
- Ciągnij diesla! – radzi mu Billy.
Szeryf podrywa się raźnie i pędzi dokoła budynku, a ja za nim.
- To niemożliwe! – szeptem drze się stróż prawa. – A skąd on wie? Macie przecież zdezaktywowany alarm w wozie.
- Dotknął kamyka. Przecież ma z nim działać, więc się powoli podgrzewa.
- A pan, tak nawiasem mówiąc, po co ze mną? – syczy policjant. – Z powrotem! Sam sobie poradzę!
- Guzik prawda – odpowiadam. – Myśmy alarmy wyłączyli dla was, a nie dla złodziei. Ten głupek przecież gmera w zamku nie kluczem, tylko wytrychem, bo klucz, mam nadzieję, spoczywa w pańskim sejfie.
- Oczywiście, że w sejfie!
- Czyli jak się bryce znudzi, to schwyta włamywacza. I tak, i tak będzie pan musiał mnie wezwać.
- Och, za co ta kara na moją głowę…
- Proszę nas puścić i po problemie.
- Ciii!
Szeryf przechodzi na krok skradający, wygląda zza węgła, usiłuje coś zobaczyć przez szczelną siatkę ogrodzenia karnego parkingu. Mamroce: „Ach, żeby cię…”. Bez trudu zdejmuje skraj siatki z narożnego słupa i nurkuje w powstałą dziurę.
W stolicy chyba bym ocipiał z powodu takiej naiwności. Tu zaś wprowadza mnie to w rozczulenie. Wsi spokojna…
Wśród miejscowych gruchotów jaskrawymi plamami rzucają się w oczy nasze zabaweczki, niebieściutka i czerwoniutka. I jakiś, za przeproszeniem, goryl w policyjnym mundurze usiłuje otworzyć w niebieściutkiej drzwi kierowcy. Szeryf, nieważne, że gruby, skrada się do goryla bezszelestnie i drapieżnie niczym wygłodzony lew. Goryl się poci, przeklina – otwarcie zamka „te-pięć-evo” zawsze jest udręką, a my przecież mamy wozy nie seryjne, tylko na zamówienie.
Szef tutejszych gliniarzy zatrzymuje się za plecami goryla, myśli i myśli, a potem po prostu serwuje mu potężnego kopa w zadek.
Tamten z dzikim rykiem przykleja się do drzwi. Najprawdopodobniej odruchowo wciska wytrych do oporu w zamek, ponieważ odzywa się antywłam.
Głośny trzask wyładowania elektrycznego. Goryl, wydawszy ni to chrapnięcie, ni to jęk, bezwładnie przywiera do szyby otoczony lekką błękitną mgiełką pola siłowego. Mija sekunda i glina-włamywacz wydaje z siebie całą kaskadę dźwięków. Nie tylko paszczą…
- Fu-uj… – Szeryf zaciska palcami nos.
Gorylowi leje się z portek.
Jego szef obrzuca szybkim spojrzeniem okna posterunku, te wychodzące na tyły budynku. Ludzi w oknach od groma. Tam chichoce Clarissa. A tu szczerzy zęby Billy. Jest zadowolony z naszego antywłamu, lubi demonstrować go publiczności.
- No – powiadam – jestem całkowicie usatysfakcjonowany. Mogę złożyć pisemną rezygnację z pretensji. Możemy też obejść się zupełnie bez protokołów. Bo przecież, bydlę, miejscowych nie okrada?
- Okrada – wzdycha szeryf. – I to jak. Trafiały do mnie skargi, ale nie wierzyłem.
- No to pański problem. I proszę zawołać ludzi, zaraz wyłączę przechwycenie.
Przychodzi trójka potężnych glin, kryją uśmiechy, starają się wyglądać rzeczowo. Poczuwszy zapach goryla, smutnieją. Po chwili namysłu pakują go do czarnego koronerskiego wora, ładują na wózek i tym sposobem wywożą do odmycia. Szeryf, przybity smutkiem, wlecze się do siebie. Sprawdzam zamek, ponownie aktywuję system i podążam za nieszczęśliwym stróżem prawa. Jako bezgłośny wyrzut sumienia.
- Ach, Marvin, Marvin – mamrocze szeryf. – Głupi bydlaku, taką mi świnię podłożyłeś…
- Jesteśmy jeszcze panu potrzebni? – pytam świętoszkowatym głosem.
- Brak słów, jak potrzebni, Ivan. Błagam, zostańcie.
Ale numer – glina, a głos jak u człowieka! Może rzeczywiście przytrafiło im się nieszczęście. Skoro tak i jeśli po dobremu, to należy pomóc.
Znowu com strzela najwyższym priorytetem. Johnson, bez dwóch zdań.
- Ivan, co jest grane? Zrozumiałem, że postanowiliście w tej dziurze zabalować przez wolne, ale dziś jest poniedziałek, nie sądzisz?
Przysiadam na ławeczce przed wejściem, kiwam do szeryfa, że niby zaraz dojdę.
- Żyjemy, szefie, bambetle bez zarzutu – melduję. – Ale jest problem. Proszę nas więcej nie wysyłać na prowincję, dobrze?
- Znowu?! – drze się Johnson.
- To nieumyślne – mówię. – W piątek, jak dostarczyliśmy ładunek, postanowiliśmy tu przenocować. I skierowaliśmy się do baru…
- Pijanice cholerne!
- Szefie, nie doszliśmy do baru. Jechał farmer pick-upem, z koła poszły mu śruby. I nic by się nie stało, bo co nas to w końcu, ale przy wystawie sklepu stały miejscowe dziewczyny. Billy złapał je w objęcia i uskoczył. Dziewczyny zaczęły wrzeszczeć na całe miasto, bo skąd miały wiedzieć, co jest grane, nie? A po sekundzie zza rogu wyjechał ten farmer. I dokładnie w tę wystawę – dup! Gdyby jechał prosto po ulicy i zboczył, to nikt by nie skumał, że my… Ale ponieważ on w tę witrynę zza rogu… Dla wszystkich stało się jasne, że to jakaś ciemna sprawka. Gliny nam się w gardła powczepiały. My, jak wiadomo, twarz-blacha. Tylko, szefie, oni chyba mają tu jakieś kłopoty, więc nas przydusili. Pomyślałem, pomyślałem i wynająłem im się na tydzień. Co prawda mieliśmy szansę na targowanie się, ale na jakieś trzy dni i tak ugrzęźliśmy.
- Nie ugrzęźliście! – zapewnia mnie Johnson. – Ja was wyciągnę. Zaraz poszukam Liebermanna i od razu startujemy. Liebermann gliny zmiele na hamburgery. Zaraz, a jakim sposobem was przydusili?
- Przegląd techniczny. Brak zgodności charakterystyk faktycznych z podanymi w dowodach.
- Jasne. Znowu Billy się wygadał.
- Co ma do tego Billy? Maszyny tą niezgodnością biją po oczach. Ostrzegałem. Ludzie ślepi nie są.
- Ale Billy się chwalił?
- Szefie, niech pan posłucha – mówię do niego. – Nie o to chodzi. Proszę o pozwolenie na pozostanie tu. Mają, jak mi się wydaje, poważne problemy. Gliny najpierw się stawiały, ale teraz nas proszą. Może zerkniemy, co i jak, co? Może trzeba ludziom pomóc w kłopocie.
- Jak się wpakujecie w te kłopoty – ryczy Johnson – to do siebie miejcie pretensje! Mogę podłączyć do was Weilanda.
On tak zawsze, ten nasz Johnson. Bez pauzy między przeklinaniem a przejawem troski. Oszczędza czas.
- A Weiland to przyjaciel?
- Wdzięczny klient.
- Kumam – przytakuję. – I chyba kojarzę. To ten gość jak stary kowboj ze starego westernu, tak? – A usłyszawszy twierdzące chrząknięcie szefa, ciągnę: – Ten od obrazu Hogartha? Może się przydać, ale nie teraz. Na razie moim zdaniem jest OK.
- No to dlaczego zadziałał system ochronny?
Tfu, do licha! Jeśli powiem prawdę, że miejscowy glina dłubał w zamku, Johnson się zjeży i na pewno przyleci nas ratować. Z Liebermannem wyjętym z pochwy. Z mieczem karzącym policyjną korupcję i bezkarność.
- Dzieciaki się bawiły – mówię. – Nikt nie ucierpiał, konflikt zażegnany w zarodku.
- No, no – Johnson prycha z rozdrażnieniem i rozłącza się bez pożegnania.
Siedzę sobie na ławeczce i marzę. Myślę, jak by było fajnie siedzieć teraz przy sterach swojej maszynki, wyjść na trasę, dociągnąć do kurierskiej i spokojnie walić nad szerokimi pasmami pól, zielonymi lasami, wysokimi górami… I do domu. I do garażu. I wpaść do baru, i wypić dużo, dużo zimnego piwa. I położyć się spać. Obudzić się odświeżony, wypoczęty, wziąć nowy ładunek i sypnąć przez pół kraju – najlepiej tam, gdzie jest śnieg, jakoś się stęskniłem za śniegiem!
